Kategorie
XX i XXI wiek

Łódzkie obozy przesiedleńcze w latach okupacji niemieckiej – część 1

Pomieszczenia fabryczne mieszczące się przy ul. Łąkowej były wykorzystywane jako miejsce koncentracji wysiedlonych (obóz przesiedleńczy) już w październiku 1939 r. Pierwszymi osadzonymi na Łąkowej byli mieszkańcy Łodzi, wysiedleni z ulicy Piotrkowskiej w związku z zajęciem znajdujących się przy niej mieszkań i lokali na niemieckie biura i urzędy(( M. in. na ul. Piotrkowskiej 133 (Adolf-Hitler-Strasse) mieściła się łódzka filia Centrali Przesiedleńczej, J. Żelazko, Wysiedlenie mieszkańców osiedla im. Montwiłła-Mireckiego w Łodzi, [w:] Ludność cywilna w łódzkich…, s. 54. )). Oficjalne uruchomienie obozu przejściowego przy ul. Łąkowej 4 miało miejsce na początku 1940 r. w związku z przeprowadzeniem pierwszego zorganizowanego wysiedlenia w Łodzi(( Rozpoczęło się ono 31.12.1939 r. i było kontynuowane w kolejnych dniach stycznia 1940 r. Objęło obszar osiedla im. Montwiłła-Mireckiego, S. Abramowicz, Obozy przejściowe i przesiedleńcze, [w:] Obozy hitlerowskie w Łodzi, red. A. Głowacki, S. Abramowicz, Łódź 1998, s. 114, J. Żelazko, Wysiedlenie mieszkańców osiedla…, s. 54-60.)). Jako centralny obóz przejściowy otrzymał on nazwę Durchsgangslager I((M. Rutowska, Wysiedlenia ludności polskiej z Kraju Warty do GG w latach II wojny światowej (1939-1941), [w:] Ludność cywilna w łódzkich…, s. 26.)). Położony był w bliskiej odległości dworca Łódź Kaliska, co umożliwiało przewożenie do niego wysiedlonych z niemal całego obszaru Kraju Warty.
Po przybyciu do obozu na ul. Łąkowej wysiedleni byli rejestrowani, najpierw na dziedzińcu, a następnie w jednej z sal. Procedura rejestracji była żmudna i czasochłonna. Kolejnym etapem były rewizje osobiste, które przeprowadzano w oddzielnym pomieszczeniu. Osobno rewidowano kobiety i mężczyzn. W kolejnym pomieszczeniu funkcjonariusze łódzkiej filii Centrali Przesiedleńczej przeszukiwali pozostawione tam na czas rewizji bagaże wysiedlonych, w których poszukiwali ukrytych pieniędzy, biżuterii oraz innych wartościowych przedmiotów. Wysiedlonym odbierano także żywność, jeśli przekroczyła przepisowe 12 kilogramów na osobę.
Warunki panujące w centralnym obozie na ul. Łąkowej były skrajnie trudne zwłaszcza w początkowym okresie jego funkcjonowania:
(…) Kobiety i dzieci ładowano na ciężarowe samochody, a mężczyzn pędzono pieszo na ulicę Łąkową. Tam pod numerem 4, w pofabrycznych budynkach urządzono obóz przejściowy dla przesiedleńców, zwany „Lager Gliksman”. Do tego obozu dostałam się również i ja wraz z rodzicami i młodszym ode mnie bratem Sławkiem.
Przebywanie w obozie było jednym nie kończącym się koszmarem. Ludzie koczowali tygodniami w halach fabrycznych, z których usunięto jedynie maszyny i urządzenia produkcyjne, na betonowej posadzce, bez żadnego ogrzewania i ciepłej wody. Na całym terenie obozu znajdowało się zaledwie 6 kranów z zimną wodą, nie było prycz do spania ani jakichkolwiek ław do siedzenia. Ustępy prymitywne i zawsze przepełnione.
W obozie w wielkiej masie ludzkiej, trudno było nawet o miejsce na koczowanie. Zajmowano miejsca gdzie się dało, w tym również na schodach. (…) spaliśmy jak wszyscy na betonowej posadzce. W pierwszym okresie ludzie spali na podściółce z papieru, dopiero później na słomie(( Cyt. za: Czas przeszły – ciągle obecny. Z dziejów wysiedleń. Historia, wspomnienia, dokumenty, red. L. Włodkowski, Łódź 1998, s. 58.)).
Irena Andrzejewska wspominała pobyt w obozie na ul. Łąkowej, nazywanym przez wysiedleńców „czyśćcem” następująco:
Najpierw zawieźli do łaźni, by zmyć z nas wszelki bród (sic!). (…) Już tak obmytych, odwszawionych zawieźli nas na ul. Łąkową i tam oczyścili do reszty. Zabrali wszystko, co kto posiadał. Tłuste Niemki upierścionymi palcami ograbiały z reszty dobytku. Żeby nikt nie próbował nic ukryć, pomagały sobie pejczami. Były bardzo złe i złośliwe. Zapamiętałam, jak stała kobieta nago, jak ją Bóg stworzył, była cała czerwona, one ją biły, bo ukryła dolary i złoto. Na nas, choć żeśmy nic nie ukryli oprócz razów pejczem, zemściły się tratując nogami torbę z gotowanymi jajkami włożonymi w cukier. Sąsiadka podrzuciła nam z litości, żeśmy głodni, gdy czekaliśmy na transport. (…) Razem umieszczono nas w dużej hali fabrycznej, na betonowej podłodze podścieloną startą na sieczkę słomą. Ciężko było przetrwać. Brud, nędzne jedzenie, czarna lura z kromką czarnego chleba. Zupa z brukwi, jeszcze skromne racje pamięta się cały czas. (…) Nieludzkie wycie tych, co potracili zmysły po przeżyciach, jakie były ich udziałem. Niektórzy bili głową w mur błędnie wykrzykując, inni modlili się do Boga. Jeszcze inni śpiewali lub w obłędzie pytali, kiedy ich majątki będą oddawać. Było bardzo ciężko, dni wolno się wlekły, traciło się poczucie czasu(( I. Andrzejewska, Gehenna tułacza, [w:] Czas przeszły – ciągle obecny. Tułaczka. Historia, wspomnienia, dokumenty, red. J. Baranowski, R. Bonisławski, Łódź 2005, s. 42.)).
Procedurę dezynfekcji oraz rejestracji, a także rytm życia w obozie na ul. Łąkowej scharakteryzował Edward Tkaczyk:
Po rozładowaniu nas wszystkich żandarmi zaprowadzili całą grupę do pomieszczeń fabrycznych i powiedzieli, że tu na razie będziemy mieszkać. Jak tu można było mówić o mieszkaniu, gdzie oprócz słomianego barłogu na betonie nic innego nie było. Nie było nawet wszystkich szyb w oknach. (…) Dzień w obozie rozpoczynał się bardzo wcześnie, jeszcze przed wschodem słońca. Po śniadaniu spędzono nas do wspólnej łaźni, gdzie w zimnej wodzie kąpali się wszyscy razem, mężczyźni i kobiety oraz dzieci. Po tym zimnym natrysku przeprowadzono nas do następnego pomieszczenia, gdzie pracownik obozowy obsypywał każdego pod pachami i w miejscach intymnym proszkiem przypominającym cement. W międzyczasie ubrania nasze poddawane były dezynfekcji gorącą parą. Proces ten trwał około godziny, a my nadzy oczekiwaliśmy na nasze ubrania. (…) Następnie wypędzano nas na dziedziniec, gdzie odbywało się wydawanie obiadu. A obiad ten to zupa z brukwi i kawałek razowego chleba. Jeżeli komuś trafił się kawałek brukwi, to był szczęśliwcem. W większości to była ciepła woda koloru słomkowego lub rozcieńczonej herbaty z tą różnicą, że ta wydzielona nam do jedzenia okrutnie cuchnęła, bowiem nikt nie obierał tej brukwi i nie oddzielał tej brukwi częściowo zgniłej. Kolacja podobnie jak śniadanie to czarna kawa i kawałek razowego chleba. Do czasu kiedy mieliśmy jeszcze trochę własnego chleba, to uzupełnialiśmy to nędzne wyżywienie. Ale zapasy nasze na długo nie wystarczyły i trzeba było jeść to i tyle, co nam dawano, a dawano nam racje głodowe. Niedziela od pozostałych dni różniła się tym, że na obiad w zupie z brukwi można było znaleźć kawałek czerwonego buraka. Głód zmuszał nas do polubienia tego wyżywienia, gdyż nie było żadnego innego wyjścia, można było tylko umrzeć z głodu((E. Tkaczyk, Podróż w nieznane i praca niewolnicza, [w:] Czas przeszły – ciągle obecny. Tułaczka…., s. 166-167.)).
Wysiedlone z Jarocina latem 1940 r. siostry Stanisława Świerkowska i Irena Nowacka opisywały okoliczności osadzenia ich rodziny w obozie na ul. Łąkowej:
Przywieziono nas na fabryczne podwórko. Jeśli dobrze pamiętam, było to na ulicy Łąkowej. Tam wszystkich wysadzono i oddzielono mężczyzn od kobiet z dziećmi. Zagoniono nas do dużej szopy, gdzie kazano rozebrać się do naga i zostawić wszystkie rzeczy na stojących wieszakach. Nagich wygnano na podwórko wybrukowane kocimi łbami i przegoniono pod obstawą do drugiego pomieszczenia, do łaźni, bo przecież „brudnych Polaczków” trzeba było odwszawić i wymyć. (…) W łaźni były prysznice. Mama szybko nas wymyła i kazała stanąć z boku. (…) Po pewnym czasie otwarły się drzwi z drugiej strony łaźni i weszliśmy do pomieszczenia, w którym leżały już nasze „odwszone” ubrania.
(…) Rano wprowadzono nas do innej dużej hali. Kobiety i mężczyźni znowu zostali rozdzieleni, czekała nas „czystka” – rewizja. Pamiętam duży stół. Mama, Krzysztof i ja staliśmy z jednej jego strony. Podeszła do mnie kobieta w mundurze obmacując wszystkie zakładki w płaszczyku dopytywała się, czy nie widziałam, jak mama w nocy coś zaszywała. Po drugiej stronie stołu rewidowano ojca i starszych braci. Skontrolowano bagaże. Mieliśmy ze sobą kilka pojemników ze smalcem – mundurowa ważyła je w ręku i odstawiała na bok. (…) Zabrali wszystko poza odzieżą. (…)

Autor: Maria Niestrawska

Maria Niestrawska - Absolwentka Wydziału Historycznego Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu ze specjalnością turystyka historyczna i animacja historii. Jej zainteresowania badawcze skupiają się na historii II Rzeczypospolitej oraz historii II wojny światowej, ze szczególnym uwzględnieniem okupacji Wielkopolski oraz wysiedleń ludności polskiej. Pracownik Muzeum Literackiego Henryka Sienkiewicza w Poznaniu Oddział Biblioteki Raczyńskich.