Kategorie
1918-1939

Skrzydlata obrona – William „Billy” Mitchell i jego wizja organizacji sił powietrznych – część 2

Bardzo ciekawe są wnioski Mitchella w odniesieniu do wpływu lotnictwa na proces redukcji zbrojeń. Preferowane przez niego środki walki, czyli samoloty i okręty podwodne uważał za broń stricte defensywną. Jego zdaniem, potencjał powietrzny niósł za sobą nadzieję, iż przyszłe wojny będą rozstrzygane nie na klasycznym froncie, lecz w przestworzach. Uważał go za jedyny czynnik, zdolny do obrony kraju przed wrogimi samolotami i okrętami (z wyjątkiem jednostek podwodnych). Te ostatnie zaś miały po wybuchu wojny zaminować wszystkie szlaki morskie oraz prowadzić patrole bojowe w wyznaczonych sektorach na oceanie. W jego teoriach były bronią obronną, ponieważ nie mogły przenosić wojsk inwazyjnych. Samo użycie sił powietrznych miało wykluczać inwazje lądowe – to samoloty powinny przynieść zwycięstwo w wojnie. Aby uzyskać ostateczne zwycięstwo w wojnie, możność wrogiego narodu do prowadzenia wojny musi zostać zniszczona (…) fabryki, środki komunikacji, zasoby żywnościowe, nawet farmy, paliwa, ropa i miejsca, gdzie ludzie mieszkają i prowadzą swoje codzienne życie((Ibidem, s. 127.)). Skutkiem tego miała być nie tylko niemożliwość zaopatrywania wrogiej armii, ale i zniechęcenie ludności do stawiania oporu. Samolot operujący w sercu wrogiego kraju zapewni ten cel w bardzo krótkim okresie czasu, gdy uzyska się dominację w powietrzu((Ibidem, s. 127.)). Miało to skrócić zmagania wojenne i zmniejszyć straty ludzkie w porównaniu do tradycyjnych walk lądowych i morskich. Takie możliwości nowego rodzaju uzbrojenia miały powodować złagodzenie polityki zagranicznej państw i ostrożne angażowanie się w konflikty militarne. Rozwój potencjału powietrznego nie wywierał tak wielkiego wpływu na siły lądowe, jak w przypadku marynarki. Jednak ich rola powinna być ograniczona do zapewniania spokoju wewnętrznego i ochrony baz lotniczych, gdyż prowadzeniem zasadniczych działań wojennych miały zająć się samoloty. Wszystkie te zmiany powinny być wzięte pod uwagę w przypadku rokowań rozbrojeniowych. Zdaniem Mitchella można było z łatwością zrezygnować z okrętów nawodnych i kosztownej infrastruktury portowej. Aby te porozumienia były skuteczne, konieczna była harmonijna współpraca wszystkich umawiających się stron((Ibidem, s. 120-127, 131-138.)).
Amerykański generał analizował też możliwości technicznego rozwoju maszyn cięższych od powietrza. Szansę na pokonanie kolejnych barier upatrywał w śmigłowcach. Pionowy start i lądowanie miały dać im przewagę nad innymi statkami powietrznymi. W rozpowszechnieniu się szybowców widział szansę na tanie wyszkolenie wielu pilotów((Ibidem, s. 155-156.)).
Temu ostatniemu zagadnieniu Mitchell poświęcił dość dużo miejsca. Jego zdaniem przykład powinien iść z góry – lotnictwem zarządzać powinni ludzie mający doświadczenie w tej dziedzinie, po to by dobrze rozumieli jej specyfikę. Karygodnym było oddawanie służb powietrznych w ręce oficerów posiadających jedynie generalskie gwiazdki, nie mających zaś pojęcia o samolotach. Rezultatem takich poczynań miały być źle sformułowane zasady szkolenia czy zakupy bezwartościowych płatowców. Jak pisał, wszystko zależy od utworzenia i rozwoju wyspecjalizowanego personelu lotniczego, zdolnego faktycznie do wykonywania obowiązków w sprawny sposób, tworząc klasę prawdziwych lotników((Ibidem, s. 160.)). Za największą przeszkodę w historycznym rozwoju lotnictwa, u samego zarania jego istnienia, uważał podporządkowanie służb powietrznych siłom lądowym. Dowódcy armijni traktowali pilotów jak powietrznych szoferów, a nie jak najlepiej zorganizowanych, indywidualnych wojowników, jakich świat kiedykolwiek widział((Ibidem, s. 160.)). Samoloty, zdaniem Mitchella, to nie tylko środek transportu, ale i środek walki, posługujący się własną, wymagającą, bo trójwymiarową, taktyką. Lotnicy musieli być ludźmi odpornymi psychicznie, w czasie walki byli bowiem zdani tylko na siebie. Odróżniało ich to od pozostałych żołnierzy, którzy na polu walki zawsze mogli liczyć na pomoc kolegów czy interwencję oficerów. Lotnik musi być: samodzielny, zobowiązany do pokonania wszelkich stających przed nim przeszkód i biegły w swojej profesji(( Ibidem, s. 161.)). Amerykanin uważał, że wyszkolenie oficera sił powietrznych zajmuje o wiele więcej czasu niż dowódców marynarki czy sił lądowych. Ci ostatni, jego zdaniem, od młodych lat obracali się w środowisku wojskowych i nasiąkali tradycją tych rodzajów sił zbrojnych. W przypadku pilotów było to niemożliwe, gdyż lotnictwo było relatywnie nową dziedziną. Równie trudne było przygotowanie obsługi naziemnej, z powodu skomplikowanej konstrukcji płatowców. Walka powietrzna była bezlitosna, jedynym możliwym jej zakończeniem było zestrzelenie przeciwnika, wymagało to więc sięgnięcia po ludzi zdecydowanych i nieugiętych((Ibidem, s. 159-163.)).
Autor Winged Defense dzielił siły powietrzne na trzy podstawowe gałęzie. Pierwszą z nich było lotnictwo pościgowe. Jego zadaniem było dogonienie maszyn przeciwnika, zmuszenie ich do walki, a następnie zestrzelenie. Od pilota tej formacji wymagało to szczególnej odwagi, zaradności i opanowania. Na barkach tych oddziałów miała spoczywać walka o panowanie w powietrzu, była więc to podstawowa część sił powietrznych. Autor porównywał jej znaczenie do pozycji piechoty w siłach lądowych. Drugą gałęzią było lotnictwo bombowe. Niszczyło ono obiekty naziemne czy nawodne poprzez zrzucanie bomb burzących i gazowych oraz torped. Mitchell wierzył nawet w użycie przez nie bomb szybujących, naprowadzanych nawigacją żyroskopową, lub sterowanych w locie radiowo. Kolejną nowatorską bronią miała być powietrzna torpeda((Ibidem, s. 165.)). Urządzenie to widział jako pocisk w formie kierowanego żyroskopowo samolotu, pozbawionego załogi, lecz z własnym napędem. Zasięg tych aparatów miał wynosić nawet 100 mil. Samoloty bombowe miały być w przyszłości bezzałogowe i kierowane bezprzewodowo przez załogę maszyny naprowadzającej. Generał podziwiał postęp, jaki dokonał się w dziedzinie lotnictwa bombowego od czasów Wielkiej Wojny. Celowniki bombardierskie były coraz bardziej dokładne, a maszyny latały w wielkich formacjach. Wojna przyniosła konkretne rozwiązania taktyczne – bombowce były osłaniane przez formacje pościgowców, ale gdy dochodziło do spotkania z wrogimi samolotami myśliwskimi, to ciężkie maszyny były skazane na samodzielną obronę w drodze do celu. Amerykanin opisywał walki pod St. Mihiel, gdzie jedna z wypraw bombowych Ententy została niemal całkowicie rozbita przez niemieckie samoloty pościgowe. Straty pogłębiał brak radiostacji i spadochronów. W czasach, gdy generał pisał te słowa, było to już właściwie niezbędne wyposażenie bombowców. Za trzecią z gałęzi lotnictwa uznał on szturmowce. Zadaniem tych maszyn było atakowanie celów na ziemi i morzu z niskiego pułapu (200-300 stóp). Za główny cel obierać powinny środki transportu, takie jak pociągi, samochody czy statki((Ibidem, s. 163-171.)).

Autor: Damian Zieliński

Damian Zieliński - Doktorant w Zakładzie Historii Powszechnej XIX i XX wieku IH UAM. Laureat Nagrody im. Kazimierza Tymienieckiego za najlepszą pracę magisterską obronioną w Instytucie Historii UAM w roku akademickim 2012/2013 (tytuł rozprawy: Paul Emil von Lettow-Vorbeck – biografia). Interesuje się historią Niemiec i Afryki w XIX i XX wieku oraz teorią wojskowości.