Kategorie
1918-1939

Skrzydlata obrona – William „Billy” Mitchell i jego wizja organizacji sił powietrznych – część 1

Piloci przed eksperymentem trenowali najpierw nad lądem, a następnie nad oceanem. Początkowo za cel dla bomb ćwiczebnych obrano zarys pancernika, wyrysowany na bagnach w ujściu rzeki Back. Następnie była nim makieta okrętu ciągnięta przez holownik. Na koniec zrzucano uzbrojone bomby na zatopione okręty Texas i Indiana. Aby ułatwić orientację nad morzem pozyskano żyroskop lotniczy. Oprócz standardowych bomb o wagomiarze 300, 600 i 1100 funtów przygotowano też specjalnie na potrzeby testu bomby 2000 funtowe. Działania brygady zabezpieczały wodnosamoloty i sterowce, mające nieść pomoc w wypadku przymusowego lądowania bombowców na wodzie(( Ibidem, s. 46-53.)).
Samemu eksperymentowi poświęcił Mitchell osobny rozdział w swojej pracy. Pierwszym podejściem było bombardowanie okrętu podwodnego U-117 2 czerwca 1921 roku. Najpierw do ataku przystąpiły trzy łodzie latające podległe marynarce wojennej. Wystarczyły dwa zrzuty bomb (po 180 funtów każda), by przełamać kadłub na pół i posłać jednostkę na dno. Zdaniem amerykańskiego generała, fala uderzeniowa wytworzona przez bomby uszkodziła kondensator na okręcie kierującym eksperymentem, a był on oddalony o milę od miejsca zrzutu. Kilka dni później celem był niemiecki niszczyciel G-102. Tym razem zadanie realizowały maszyny należące do Tymczasowej Brygady. Akcja bombowców była poprzedzona nalotem samolotów pościgowych, które symulowały zduszenie obrony przeciwlotniczej na okręcie, ostrzeliwując jego pokład z karabinów maszynowych i zrzucając lekkie bomby o wagomiarze 25 funtów. Następnie do ataku przystąpiły lekkie bombowce, uzbrojone w cztery 100 funtowe bomby. Za nimi podążały ciężkie Martiny, przenoszące po sześć 300 funtowych bomb. Mitchell obserwował wydarzenia z pokładu swojego samolotu. Tak wspominał nalot myśliwców: atak był pięknym widokiem; dokładność bombardowania była nadzwyczajna, praktycznie każda bomba poleciała tam, gdzie była skierowana (…) porucznik Alsworth trafił (…) prosto do jednego z kominów, co bez wątpienia wysadziłoby kotłownię. Wszyscy byli zaskoczeni wielką celnością tego bombardowania((Ibidem, s. 61.)). Maszyny nadlatywały z wysokości 3000 stóp, by przed samym okrętem wyrównać lot na 200 stopach i zrzucić swój śmiercionośny ładunek. Z kolei lekkie bombowce, według planu, miały atakować z lotu poziomego, jeden za drugim, oddalone o 200 jardów, tak by ich bomby spadały na niszczyciel w zaledwie kilkusekundowych odstępach. Mitchell odwołał jednak ten atak, bojąc się o zapas ich paliwa. Do akcji wkroczyły więc ciężkie bombowce. Nalot zakończył się podobnie jak w przypadku u-boota – niszczyciel rozpadł się i zatonął. Drugie podejście okazało się więc znów sukcesem, Amerykanie mieli też wiele szczęścia – w drodze powrotnej część samolotów z ledwością zdołała dolecieć do wybrzeża i wylądować na plażach, nie zawsze bez uszkodzeń. Jednak wszyscy piloci powrócili do bazy cali i zdrowi(( Ibidem, s. 56-64.)).
Test miał również objąć zdolność samolotów do wykrywania okrętów na danym obszarze, ale Mitchell uważał to zadanie za niezbyt wartościowe i wysłał do jego realizacji sterowce. Inaczej było z nalotem na krążownik Frankfurt. 18 lipca kapitan Lawson znów poprowadził do ataku ciężkie bombowce. Ustawiły się one w powietrzu w jedną kolumnę i zrzuciły podczas lotu poziomego bomby 600 funtowe. Bezpośrednie trafienia w pokład statku rozrzuciły jego metalowe fragmenty na odległość ponad jednej mili. Podobnie jak we wcześniejszych przypadkach, nalot zakończył się zatopieniem okrętu. Najważniejszy test miał dopiero nadejść – był nim atak na pancernik Ostfriesland. Generał zdawał sobie sprawę, iż negatywny wynik próby mógł zatrzymać rozwój potencjału powietrznego, zdolnego do niszczenia celów morskich. Jak podkreślał, naszym zadaniem było zniszczyć, rozbić i pogrzebać ten piękny okręt, aby nasi ludzie mogli docenić, jak ogromną siłę ma lotnictwo w stosunku do pancerników ((Ibidem, s. 67.)). 20 lipca Brygada mogła wreszcie użyć najcięższych bomb. Nie pozwolono im jednak zrzucić pełnego ładunku, atakowano więc pojedynczymi 1100 funtowymi bombami. Co więcej, dowództwo nakazało przerwanie nalotu w połowie. Statek nabrał wody, przechylił się, ale nie zatonął. 21 lipca nastąpił decydujący nalot z użyciem 2000 funtowych bomb (910 kg). Siedem bombowców nadlatywało nad cel w jednej kolumnie. Cztery bomby uderzyły szybko jedna po drugiej tuż obok Ostfriesland. Mogliśmy ujrzeć go unoszącego się 8 czy 10 stóp pomiędzy straszliwymi eksplozjami pod wodą. Przy czwartym wybuchu kapitan Streett, siedzący na tylnym siedzisku mego samolotu, wstał i wymachując (…) ramionami krzyczał: „jest skończony!” (…) po minucie Ostfriesland leżał już bokiem; po dwóch minutach pochylał się na rufę i jednocześnie obracał; po trzech minutach leżał dnem do góry, wyglądając jak gigantyczny wieloryb((Ibidem, s. 72.)). Egzamin został zaliczony celująco – pancernik poszedł na dno((Ibidem, s. 64-69, 71-73.)).
Jeszcze tego samego lata Mitchell i jego lotnicy mieli szansę sprawdzić swoje umiejętności przeciwko kolejnemu drednotowi. Okręt Alabama zaatakowano tym razem nie tylko bombami burzącymi, ale i fosforowymi, termitem, a nawet pociskami z gazem łzawiącym. Kolejne testy przeprowadzono w 1923 roku((Ibidem, s. 73-75.)). Najważniejszą próbę Amerykanin miał już jednak za sobą, jego ludzie udowodnili, że samoloty potrafią być groźne wobec okrętów nawodnych. Wyniki tego testu nie były jednak aż tak oczywiste, jak chciałby widzieć to Mitchell. Po pierwsze, już po rozkazie zaprzestania ataku na Ostfriesland jego piloci zrzucili kolejne 4 ciężkie bomby. Było więc to złamanie warunków próby. Statek nabrał częściowo wody i następnego dnia został dobity przez bombowce, znów wbrew ustalonym regułom. Samoloty miały bezpośrednio trafiać w pokład, lecz Amerykanin nakazał pilotom celowanie obok statku, by udowodnić jego tezy. Co najważniejsze, same testy nie oddawały zupełnie warunków wojennych. Pomijając obronę przeciwlotniczą, której symulacja w czasie pokoju była raczej niemożliwa, największą różnicą było postawienie okrętów na kotwicy. Cele były więc nieruchome, a dość oczywisty jest fakt, że podstawową metodą obrony statku przed nalotem jest ostre manewrowanie i zmiana prędkości, tak by uniemożliwić celny zrzut bomb. Poza tym pogoda w czasie nalotów była dobra, lotnicy znali mniej więcej położenie celów, a na pokładach okrętów nie było załóg, które normalnie podjęłyby akcję naprawy uszkodzonych jednostek((R. G. Miller, op. cit., s. 27-33.)). Do wyników tych testów należy więc podchodzić z dużą ostrożnością.

Autor: Damian Zieliński

Damian Zieliński - Doktorant w Zakładzie Historii Powszechnej XIX i XX wieku IH UAM. Laureat Nagrody im. Kazimierza Tymienieckiego za najlepszą pracę magisterską obronioną w Instytucie Historii UAM w roku akademickim 2012/2013 (tytuł rozprawy: Paul Emil von Lettow-Vorbeck – biografia). Interesuje się historią Niemiec i Afryki w XIX i XX wieku oraz teorią wojskowości.