Kategorie
1918-1939

Skrzydlata obrona – William „Billy” Mitchell i jego wizja organizacji sił powietrznych – część 1

Obrona miast przed atakiem z powietrza miała być niemożliwa. W wypadku, gdyby ataku dokonało wiele grup lotniczych, nadlatujących z różnych kierunków i na różnych pułapach, to niemożliwe byłoby wykrycie i zniszczenie wszystkich z nich. Nie zostały ani skonstruowane, ani wymyślone żadne pociski czy inne urządzenia, które mogą rzeczywiście zatrzymać nalot, tak więc obroną przed samolotem są inne samoloty (…) wielkie zmagania o kontrolę w powietrzu będą w przyszłości regułą. Jeśli raz zostanie ustanowione panowanie w powietrzu (supremacy of the air), to samoloty będą mogły latać nad wrogim państwem do woli((Ibidem, s. 9.)). Naloty na kluczowe obszary kraju miały też zmusić wrogów do poderwania swoich płatowców w powietrze, co miało uniemożliwić oszczędzanie ich sił, w wypadku unikania walk powietrznych. Zniszczenie lotnictwa obrońców w powietrzu miało faktycznie zakończyć jego istnienie, gdyż uzupełnienie braków przez produkcję byłoby niemożliwe, na skutek planowych bombardowań przemysłu zbrojeniowego((Ibidem, s. 9-10.)). Mitchell w tym przypadku czerpał z idei włoskiego teoretyka lotnictwa, Giulio Douheta, który wymyślił pojęcie panowania w powietrzu. Amerykanin jednak nie kopiował wprost jego pomysłów, jego zdaniem zwycięstwo to powinno być wywalczane poprzez walkę w powietrzu. Włoch zaś twierdził, że jedynym sposobem na ów sukces jest zniszczenie maszyn przeciwnika na ziemi(( G. Douhet, Panowanie w powietrzu, Warszawa 1965, s. 36, 38-42.)).
Mitchell dzielił państwa na 3 grupy pod względem oddziaływania warunków geograficznych na możliwości użycia broni lotniczych. Najtrudniejsze było położenie krajów wyspiarskich, które by dokonać inwazji na inne obszary, musiały uzyskać panowanie w powietrzu, by zabezpieczyć swe siły morskie. Poza tym, wróg mógł dzięki swojemu lotnictwu odciąć ów kraj od zaopatrzenia. Drugi przykład to państwa posiadające wspólną granicę lądową. Również w tym przypadku zwycięstwo w wojnie miało przynieść jedynie lotnictwo – po zbombardowaniu miast, linii kolejowych, mostów, dróg i portów przerzut wojsk nieprzyjaciela byłby niemożliwy. Trzecia grupa to państwa całkowicie samowystarczalne i leżące poza zwyczajnym zasięgiem lotnictwa, np. Stany Zjednoczone. Siły powietrzne byłyby w stanie obronić kraj przed inwazją, ale same nie mogłyby pokonać przeciwnika bez opuszczenia macierzystego obszaru. Jednocześnie stwierdzał, iż na półkuli północnej nie ma wielkich obszarów morskich, uniemożliwiających sprawne użycie aeroplanów. Azję i Amerykę oddzielała jedynie 52 milowa Cieśnina Beringa, a na północnym Atlantyku na linii Europa – Ameryka najdłuższy odcinek morski liczy 400 mil. Były to odległości nie stanowiące żadnej przeszkody dla większości ówczesnych samolotów((W. Mitchell, op. cit., s. 10-12.)).
Nowy sposób walki miał znacznie skrócić działania wojenne i liczbę ofiar, gdyż głównym celem bombardowań miały stać się obszary industrialne i węzły komunikacyjne. Mitchell uważał marynarkę wojenną za pomocniczą wobec armii lądowej, niemal w całej historii wojskowości, poza ostatnim okresem. Pojawienie się lotnictwa miało znów zepchnąć ją na drugi plan. Co ciekawe, generał był bardziej łaskawy wobec wojsk lądowych, które nie miały aż tak radykalnie odczuć tej zmiany. Okręty nawodne uważał za przeżytek – zastąpić je miały jednostki podwodne, zatapiające statki handlowe oraz przenoszące samoloty. Ta rewolucja miała jego zdaniem jeszcze jeden skutek – finansowy. Pieniądze zaoszczędzone dzięki zrezygnowaniu z wielkich okrętów, suchych doków i innej infrastruktury. Nowe czasy miały przynieść renesans wąskiej klasy wojowników, dominujących nad resztą pola walki. Amerykański generał posunął się nawet do porównania pilotów do średniowiecznego rycerstwa. Ponieważ o sukcesie miało decydować lotnictwo, armie masowe złożone z poborowych były jego zdaniem niepotrzebne(( W. Mitchell, op. cit. s. 16-19.)).
Mitchell uważał, że korpus oficerski wywodzący się z innych rodzajów sił zbrojnych nie potrafi zrozumieć zasad, którymi rządzi się lotnictwo. Przekonywał, iż armia to najbardziej konserwatywna część społeczeństwa, odwołująca się często do doświadczeń historycznych wojen, w których nie była w stanie znaleźć podobieństwa do trwającej rewolucji. Stąd miało wynikać ich psychologiczne niedopasowanie do nowej rzeczywistości. Amerykanin tęsknym wzrokiem spoglądał w kierunku rozwiązań brytyjskich. Po drugiej stronie Atlantyku powołano Ministerstwo Lotnictwa oraz osobne dowództwo samodzielnych sił powietrznych, a system ten dopełniały posterunki obserwacyjne i przeciwlotnicze na terenie całego kraju. Obiektem zazdrości generała były też regularne ćwiczenia lotników i wyższa szkoła, powołana dla ich szkolenia. Jeszcze większe wrażenie robił na nim brytyjski przemysł zbrojeniowy i rozwój lotnictwa cywilnego. To ostatnie zjawisko jego zdaniem wspomagało system obronny kraju, dając mu rezerwy wyszkolonych pilotów, sprzętu i lądowisk. Szczególnie ważne było też powołanie koordynatora sił powietrznych (air officer), odpowiedzialnego za rozdzielanie zadań obrony powietrznej podczas wojny. Brytyjskie rozwiązania miały sprawdzać się m.in. w Iraku, gdzie, zdaniem Mitchella, okupacja była przeprowadzana siłami lotnictwa, a oddziały lądowe spełniały jedynie zadania pomocnicze((Ibidem, s. 20-23.)).
Autor wyróżniał dwa czynniki odpowiedzialne za poprawne funkcjonowanie krajowych sił powietrznych w czasie wojny – patriotyzm i wysokie morale, pozwalające przetrwać mimo ponoszonych strat, a także zasoby przemysłowe i materiałowe, odpowiedzialne za wytworzenie i utrzymanie płatowców, silników i odpowiedniego zaplecza. Mitchell w obu przypadkach bardzo wysoko oceniał możliwości amerykańskie, jednak nie szły za nimi, jego zdaniem, realne działania((Ibidem, s. 24-25.)).
Generał doceniał postawę Kongresu, który wyasygnował spore sumy na rozwój amerykańskiego lotnictwa. Podkreślał jednak, że same pieniądze nie mogą przynieść natychmiastowego skutku w tej dziedzinie, potrzebny jest czas na rozwój i odpowiednie zaplecze. Negatywnie postrzegał działania rządu, który, jego zdaniem, nie zrobił niemal nic w tej kwestii. Z początkiem I wojny światowej USA miały posiadać jedynie 14 wyszkolonych lotników. Dopiero udział Stanów w tym konflikcie wymusił zmiany. Masowe szkolenia ukończyło 15 tysięcy osób, a w amerykańskich fabrykach powstawały płatowce tańsze i lepsze od europejskich, choć wciąż były to produkcje licencyjne. Jego zdaniem wojna była tylko przedszkolem dla lotnictwa((Ibidem, s. 29.)), którego możliwości były wciąż nieznane nawet dla pilotów. Inni zaś spoglądali na samoloty jak na dziwne twory, łamiące wszelkie zasady fizyki. Wojna dała jednak Amerykanom chrzest ogniowy i odpowiednie doświadczenie. W dodatku podczas walk o St. Mihiel i w Lesie Argońskim w rękach amerykańskich (a dokładniej samego Mitchella) spoczywało dowodzenie połączonymi siłami alianckiego lotnictwa. Wiosną 1919 roku doświadczony personel powrócił do Ameryki, ale większość z tych ludzi została odwołana z armii lub wróciła dobrowolnie do cywilnego życia. Reszta z nich stworzyła podstawy pod rozwój przyszłego lotnictwa((Ibidem, s. 27-30.)).

Autor: Damian Zieliński

Damian Zieliński - Doktorant w Zakładzie Historii Powszechnej XIX i XX wieku IH UAM. Laureat Nagrody im. Kazimierza Tymienieckiego za najlepszą pracę magisterską obronioną w Instytucie Historii UAM w roku akademickim 2012/2013 (tytuł rozprawy: Paul Emil von Lettow-Vorbeck – biografia). Interesuje się historią Niemiec i Afryki w XIX i XX wieku oraz teorią wojskowości.