Kategorie
XX i XXI wiek

Ardeny 1944 – szybowce na ratunek Bastogne – część 1

Lekcja Market-Garden, casus Zamku Heeswijk

Rok 1944 w historii techniki lotniczej, nawigacji oraz czegoś, co dziś nazywamy awioniką, był wprawdzie rokiem dynamicznego rozwoju, ale jednocześnie ciągle też – jak zawsze w lotnictwie – rok ten bezwzględnie uczył pokory. Taką lekcję pokory odebrali Amerykanie podczas operacji Market-Garden, równo trzy miesiące wcześniej przed kontrofensywą zimową feldmarszałka von Rundstedta w Ardenach. Desantując nad Holandią w ramach operacji Market-Garden 1. batalion 501. Pułku Piechoty Spadochronowej ze 101. DPD Amerykanie dobitnie przekonali się, że mimo rozwoju systemów nawigacyjnych i pionierskiej elektroniki nawigacyjnej pozycjonującej obiekty w terenie nadal czynnik ludzki jest podstawą celnego desantu z powietrza.

„Pathfinder” Jack Agnew w kilkadziesiąt minut po lądowaniu w Bastogne. Znalazł tam wysoką pryzmę cegieł i tam postanowił zainstalować naziemny moduł AN/PPN-1A Eureka.Fot. US Army Signal Corps
„Pathfinder” Jack Agnew w kilkadziesiąt minut po lądowaniu w Bastogne. Znalazł tam wysoką pryzmę cegieł i tam postanowił zainstalować naziemny moduł AN/PPN-1A Eureka.
Fot. US Army Signal Corps

Ciągle był to okres technicznej niedoskonałości ówczesnych desantów spadochronowych i ich silnego uzależnienia od pracy „pathfinderów”, czyli specjalistów naprowadzania samolotów na punkty terenowe. Nie było „pathfinderów” – nie było celnych desantów. Taka była brutalna empiryczna reguła tamtych czasów. Teoretycznie miała temu zaradzić aliancka rezygnacja z desantów nocnych – praktycznie nie zaradziła. Dobrym tego przykładem podczas dziennej Operacji Market Garden był zespół „pathfinderski” nr 2 ze 101. DPD i to, co stało się ze zrzutem 1. batalionu 501. Pułku Piechoty Spadochronowej. Samolot C-47 ze wspomnianym zespołem „pathfinderów” został zestrzelony i rozbił się pod Retie w Belgii. W konsekwencji tego zdarzenia 45 samolotów C-47 wiozących 1. batalion zabłądziło i omyłkowo zrzuciło batalion nie na jego prawidłowe zrzutowisko na zachód od Veghel, ale pod pięknym XII-wiecznym Zamkiem Heeswijk. Wszystkie inne grupy „pathfinderów” wylądowały w prawidłowych miejscach i wszystkie inne desanty 101. DPD odbyły się dzięki ich pracy również w miejscach uprzednio zaplanowanych.

Mając na uwadze wszystkie te doświadczenia amerykańscy dowódcy nie zdecydowali się oddawać kwestii zrzutów dla Bastogne w ręce ślepego przypadku, szczególnie przy wspomnianych warunkach pogodowych niejednokrotnie wynoszących w kwestii zachmurzenia 10/10. W takich warunkach – bez nowo wynalezionych urządzeń radionawigacyjnych Eureka (moduł naziemny) i Rebecca (moduł pokładowy samolotu transportowego lub holownika szybowcowego) wspomagających celność desantów – równie dobrze można było robić ze zrzutów prezenty dla Niemców. W dowództwach amerykańskich wojsk lądowych i lotniczych zdawano sobie sprawę z tych wszystkich niedoskonałości. Panowała zgoda, iż bez zespołów „pathfinderskich” naprowadzających samoloty z ładunkami i samoloty-holowniki szybowców nie da się przeprowadzić skutecznej operacji logistycznej dla Bastogne.

Problem z „pathfinderami” był jednak bardzo zbliżony do problemu z pilotami szybowcowymi USAAF. Obie te grupy zawodowe zawsze były „na wagę złota” poprzez swoje unikatowe zdolności. Obu tych grup zawsze było za mało w stosunku do frontowych potrzeb. Po raz kolejny zaczynało się mścić na Amerykanach to, co działo się w polityce amerykańskiej i w głowach najwyższych dowódców. W tym pierwszym przypadku domagano się wstrzymania poboru i ograniczania rozwoju sił zbrojnych. Płynął więc do dowódców w Europie jasny sygnał polityczny – macie zakończyć wojnę tymi siłami, jakie macie i dość już wysyłania kolejnych amerykańskich chłopców na tę wojnę. W tym drugim przypadku, czyli u dowódców wojsk amerykańskich, panowało przeświadczenie, że wojna jest wygrana i nie wydarzy się już nic, co mogłoby wstrząsnąć aliantami. Planowano wprawdzie jeszcze operację Varsity, ale miała się ona odbyć bez udziału „pathfinderów”-spadochroniarzy. Ich rolę miały przejąć naziemne urządzenia Eureka rozlokowane na zachodnim brzegu Renu trzymanym przez aliantów. Do obsługi tych urządzeń nie byli już potrzebni spadochroniarze, gdyż wystarczyliby choćby technicy wynalazcy systemu Eureka/Rebecca – brytyjskiego Telecommunications Research Establishment.

Zrzutowiska i lądowiska operacji Varsity były tak blisko wschodniego brzegu Renu, że nawet średnio doświadczony pilot dotarłby do nich w warunkach VFR prowadząc nawigację „po meblach”, jak się to potocznie określa ((„Po meblach”, czyli – w warunkach dobrej widoczności – nawet bez mapy, a wyłącznie w oparciu o tak charakterystyczne punkty terenowe, że nie pozostawiające pilotowi wątpliwości co do pozycji geograficznej.)) . Z tych też powodów po operacji Market-Garden nabór nowych spadochroniarzy-„pathfinderów” w US Army niemal ustał. Podobnie stało się z systemem szkolnictwa spadochroniarzy tego typu. Pozostały zdziesiątkowane niedobitki „pathfinderów” walczących od Francji po Holandię i praktycznie już nie ćwiczące sztuki naprowadzania samolotów na punkty terenowe.

Zarówno w przypadku pilotów szybowcowych, jak i „pathfinderów” niewydolność systemu szkolnictwa, a obok tego brak wyobraźni i perspektywicznego myślenia powodowały, że obu tych grup zawodowych szkolono za mało, a okresowo nawet w ogóle ich nie szkolono. Brak wyobraźni polegał na tym, że zbyt wolno uzupełniano straty nowo wyszkolonymi kadrami. Taki właśnie stan rzeczy zastał 101. DPD w kryzysowej chwili związanej z Bastogne. Dywizja ta miała niegdyś uniwersalny zespół „pathfinderski” i saperski, który sam nazwał się „Ohydna trzynastka”. Gdy jednak zaistniał kryzys ardeński z trzynastu specjalistów tej grupy żywych lub względnie zdrowych było już tylko trzech. Tymczasem do operacji Repulse potrzebowano aż 20 „pathfinderów” w dwóch 10-osobowych zespołach.

Choć jest to dużą ciekawostką to jednak zaprzepaszczono ją. W Stanach Zjednoczonych nie zadbano o dokładną analizę i utrwalenie dla kręgów historycznych tego, komu bardziej zawdzięczało Bastogne duży sukces operacji logistycznej z powietrza i dobre naprowadzanie zrzutów i szybowców. Nie zapisało się zatem w historii, która z najwybitniejszych postaci sztuki „pathfindingu” odegrała wówczas najistotniejszą rolę. Postaci takich było mniej niż palców jednej dłoni, zaś resztę dwudziestki stanowili „pathfinderzy” nieco z konieczności i przypadku – wzięci ze szkoły „pathfinderów” w Chalgrove (Wielka Brytania) afiliowanej przy IX Dowództwie Lotnictwa Transportowego (IX TCC). Byłoby rzeczą ciekawą poznać to, czy w dobrej celności zrzutów dla Bastogne główną rolę odegrało doświadczenie załóg lotniczych, czy dobre operowanie naziemnymi modułami Eureka?

Okrążone Bastogne miało to wielkie szczęście, że jako główny samolot „pathfinderski” z lotniczym modułem Rebecca latał tam C-47 z legendą lotnictwa transportowego USAAF za sterami ppłk. Joelem L. Crouchem. Był on pionierem „pathfindingu” lotniczego na rzecz spadochroniarzy jeszcze w czasie, gdy gen. James M. Gavin (ówczesny pułkownik) prowadził eksperymenty w tej dziedzinie w roku 1943 na lotnisku Comiso na Sycylii ((Gavin J. M., Wojna i pokój w erze przestrzeni międzyplanetarnej, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1961, s. 80.)) . Crouch był oficerem i pilotem tyleż doświadczonym, co twardym, nieustępliwym i kategorycznie wymagającym od siebie i innych. Przed inwazją na Francję stoczył zwycięską dla siebie batalię z aparatem urzędniczym US Army/USAAF o prawidłowy system szkolenia „pathfinderów”. Wywalczył wówczas najlepszy z możliwych system szkoleniowy, w którym każdy „pathfinder” (samolotowy i naziemny) miał okazję zobaczyć i „poczuć na własnej skórze”, jak wygląda to, co robią partnerzy we wzajemnym systemie naprowadzania. W ten sposób „pathfinderzy”-spadochroniarze latali w kabinie samolotu C-47, aby mogli zobaczyć, co widać na monitorze modułu Rebecca, gdy spadochroniarz na ziemi posługiwał się modułem Eureka lepiej lub gorzej. Słynna „Ohydna trzynastka” wywodziła się z tego właśnie systemu szkoleniowego. Był to system idealny. Uczył dokładności pracy i szacunku dla partnera po drugiej stronie radionawigacyjnego systemu naprowadzania.

Gdy nastał kryzys ardeński z „Ohydnej trzynastki” można było zaangażować do operacji w Bastogne tylko dwóch jej członków. Byli to Jake McNiece i Jack Agnew. Kontestatorzy wojska en bloc, jako instytucji, żywiący dla niego pogardę i nie mający zamiaru robienia kariery w wojsku, wiecznie z nim skonfliktowani, mający za nic dyscyplinę formalną, nieustannie na pograniczu spraw karnych, typy wagabundów i oryginałów ponad wszelką miarę, jakich tylko obyczajowość US Army mogła tolerować, bo w każdej innej armii nie wychodziliby z więzienia, ale za to ludzie dzielni i fachowcy nieprzeciętni. Słowem – postaci tak barwne, że same w sobie zasługujące na grubą książkę o nich samych. W gronie „pathfinderów” działających nad i w Bastogne znalazła się zatem trójka weteranów tego fachu (Crouch, McNiece i Agnew) oraz 18 spadochroniarzy związanych z naprowadzaniem stosunkowo od niedawna. Dwie 10-osobowe grupy spadochroniarzy-„pathfinderów” wystartowały z Chalgrove do Bastogne 23 grudnia o godzinie 6.45. Mimo faktu, że na samego tylko Jake’a McNiece najchętniej nasłano by co najmniej profosa to zaufanie w sensie zawodowym do tego zespołu było olbrzymie. Gdy wzbiły się w powietrze dwa C-47 ze spadochroniarzami wówczas na ziemi czekało już 40 innych C-47 załadowanych zaopatrzeniem dla otoczonych wojsk amerykańskich i oczekujących sygnału natychmiastowego startu, a później prawidłowych sygnałów z rozstawionych w Bastogne modułów Eureka.

 

Autor: Grzegorz Czwartosz

Grzegorz Czwartosz - b. pilot sportowy i b. rzecznik prasowy korporacji lotniczych. Od roku 1984 dziennikarz, publicysta oraz wydawca prasy lotniczej i wojskowo-historycznej. Specjalizuje się w historii Kanady, Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej, jak również w technice, szybownictwie, operacjach powietrznodesantowych, szkolnictwie lotniczym, normach bezpieczeństwa lotów, prawie lotniczym i wojskowym public relations. Wspiera ruch rekonstrukcji historycznych.