Kategorie
do roku 1918

4200 mil podniebnej żeglugi – afrykańska misja sterowca L59 w 1917 roku – część 2

Część pierwsza artykułu.

W czasie, gdy sterowiec powracał na kontynent europejski Paul von Lettow-Vorbeck podjął ostatecznie decyzję o opuszczeniu kolonii. 25 listopada 1917 roku resztka jego oddziałów (około 2000 ludzi) przekroczyła graniczną rzekę Rovumę i wkroczyła do portugalskiego Mozambiku. Obrońcy byli wyjątkowo nieudolni, dlatego Niemcom z łatwością udawało się zdobywać na nich zaopatrzenie i uzbrojenie. Schutztruppe posuwały się na południe, zręcznie unikając brytyjskich desantów na wybrzeżu. W lipcu 1918 roku Lettow skierował swych podwładnych z powrotem na północ, chciał bowiem uniknąć forsowania rzeki Zambezi. Choć wydaje się to niemożliwe, to mimo ataków Ententy i epidemii grypy udało im się powrócić do Afryki Wschodniej. Lettow-Vorbeck nie zatrzymał się jednak w dawnej niemieckiej kolonii, lecz uderzył na brytyjską Rodezję – miało to miejsce 2 listopada 1918 roku. Ostatnie walki Niemcy toczyli jeszcze 10 dni później, dzień po podpisaniu zawieszenia broni przez Rzeszę. Dopiero 25 listopada jego ludzie ostatecznie złożyli broń. Było ich wówczas jedynie 155 Europejczyków, 1168 askari i ponad 3200 tragarzy, jeńców, służących i członków rodzin czarnoskórych żołnierzy((P. von Lettow-Vorbeck, Meine Erinnerungen…, s. 193-203, 207-211, 213-217, 221-228, 230-256, 270-295; P. Brudek, op. cit., s. 195-215, 219-230; E. Michels, op. cit., s. 208-211, 213-232.)).

Po powrocie L 59 do Europy początkowo dowództwo nie miało pomysłu na wykorzystanie jednostki. Kolejny lot do Afryki nie był brany pod uwagę, szczególnie, że Brytyjczycy wiedząc o poprzedniej próbie zapewne byliby dużo ostrożniejsi. Sam cesarz nalegał na wysłanie zeppelina do Jemenu z zaopatrzeniem dla okrążonych wojsk tureckich. Dowództwo sterowców marynarki uważało, że zasięg maszyny jest niewystarczający do takiej misji. Dlatego proponowano przerzucenie jej nad Morze Północne i wykorzystanie w misjach patrolowych. Sztab Kaiserliche Marine widział ją w podobnych zadaniach, ale nad Morzem Czarnym. Sam Bockholt był zwolennikiem użycia L 59 w roli bombowca – po niezbędnej przebudowie w Rzeszy miał wrócić do Jambol i atakować cele w basenie Morza Śródziemnego. Bombardowania te miały zmusić Ententę do przerzucenia większych sił lotniczych na peryferyjne obszary oraz oddziaływać psychologicznie na ludność miejscową. Do jego opinii przychylił się w końcu Wilhelm II i 21 stycznia 1918 roku maszyna powróciła do Jambol. 10 marca sterowiec przeprowadził nalot bombowy na Neapol. Spędził wówczas w powietrzu 37 godzin. 20 marca podjęto próbę ataku na Port Said w Egipcie, ale na kilka kilometrów przed miastem misję przerwano z powodu zapadającego zmierzchu. Podczas tego samego lotu L 59 usiłował zbombardować brytyjską bazę morską na Krecie, ale nie doszło do tego – chmura zasłoniła widok na port. Po ponad 52 godzinach aerostat wrócił do bazy z pełnymi lukami bombowymi. 7 kwietnia 1918 roku Bockholt i jego ludzie wyruszyli w swoją ostatnią misję. Celem miała być brytyjska Malta, dlatego lotnicy skierowali się ku Cieśninie Otranto. Na jej wodach znajdował się wówczas niemiecki okręt podwodny, UB 53, dowodzony przez porucznika marynarki Sprengera. To dzięki jego relacji znamy ostatnie chwile załogi L 59. Zeppelin najpierw przeleciał na niskim pułapie nad płynącym w położeniu nawodnym u-bootem. Prawdopodobnie obserwatorzy nie zauważyli okrętu, gdyż nie dali żadnych znaków, a sam Sprenger wahał się, czy wydać rozkaz ostrzelania jednostki. Nie zrobił tego, a nierozpoznany aerostat podążył dalej. Niedługo później, o 20:30 miał dostać się pod ostrzał artylerii. Niemiecki marynarz obserwował to z odległości 25-30 km: wysoko na niebie zauważono blisko siebie dwa rozbłyski ognia (…) nagle w powietrzu rozwinął się ogromny płomień, który pozwolił rozpoznać sylwetkę płonącego sterowca. Przez krótką chwilę horyzont rozświetlił się jak za dnia, następnie płonący sterowiec zaczął opadać coraz niżej, aż znikł za horyzontem. Łuna była widoczna jeszcze przez 20 minut (…) wszystko stało się jasne – to był nasz sterowiec!((Cyt. za: J. Goebel, op. cit., s. 116.)) U-boot podążył w kierunku płomieni, ale nie znaleziono żadnych pozostałości na powierzchni morza. Sprenger oszacował, że do zestrzelenia doszło na 41º 2′ szerokości północnej i 18º 53′ długości wschodniej. J. Goebel uważał, że sterowiec został zniszczony na skutek uderzenia pioruna, a dowodem na to miały być złe warunki atmosferyczne nad cieśniną i brak meldunków sił Ententy o zestrzeleniu aerostatu. Z kolei dowódca okrętu podwodnego był przekonany, że widział dwa rozbłyski wybuchających szrapneli. Niestety brakuje dowodów na poparcie którejkolwiek z wersji wydarzeń, pewny jest jedynie fakt zniszczenia sterowca i brak kontaktu z L 59 po wylocie na misję. Na wodach cieśniny znaleziono potem plamy po benzynie i jeden ze zbiorników paliwa. Niemcy uznali, że zeppelin został zniszczony na skutek nieszczęśliwego wypadku, najpewniej zapłonu wodoru. W bułgarskiej bazie Jambol ustawiono kamień pamiątkowy, przypominający o losach załogi Bockholta((J. Goebel, op. cit., s. 108-119; D. H. Robinson, op. cit., s. 293-296.)).

Aby ocenić znaczenie transkontynentalnego lotu L 59, należy najpierw zastanowić się nad znaczeniem militarnym tej misji. Bez wątpienia Niemiecka Afryka Wschodnia była wówczas już utracona dla jej obrońców. Siły niemieckie były zepchnięte na samo południe kolonii, liczba obrońców zmniejszała się, a ich morale i zaopatrzenie słabły. Wojska Ententy miały kilkunastokrotną przewagę, kwestią czasu było więc zajęcie całego obszaru. Z jednej strony można stwierdzić, że wsparcie dla Schutztruppe nie miało żadnego sensu, gdyż i tak były one skazane na porażkę. Z drugiej zaś należy uwzględnić motywacje jakimi kierował się niemiecki dowódca – chciał on odciągać siły Ententy z europejskiego teatru działań wojennych. Analizując działania wojenne pod tym kątem należy chociaż częściowo przyznać mu rację – Niemcy zaangażowali w tej kampanii około 30 tysięcy ludzi, zaś sami Brytyjczycy ponad 371 tys.((E. Michels, op. cit., s. 234-235.)). Dzięki nieustępliwym działaniom Lettowa-Vorbecka i jego podwładnych żołnierze ci rzeczywiście nie walczyli przeciwko Rzeszy w Europie. Front wschodnioafrykański był bez wątpienia peryferyjny, ale siły zbrojne państw Ententy były układem naczyń połączonych, przedłużanie walki w nieskończoność miało więc sens. Oczywiście działania te nie wpłynęły na rozstrzygnięcie wyniku wojny, ale analizowanie ich post factum jest ahistoryczne i nie może być podstawą do dokonania odpowiedniej oceny. Wydaje się więc, iż wszelkie działania umożliwiające Schutztruppe dalszą walkę nie były pozbawione znaczenia. Trzeba więc odpowiedzieć na pytanie, czy misja L 59 mogła dopomóc obrońcom? Przerzucenie na Czarny Ląd kilku ton amunicji i kilkudziesięciu karabinów maszynowych nie doprowadziłoby raczej do utrzymania się Niemców w swojej kolonii. Trzeba jednak pamiętać, że wówczas stricte bojowa część wojsk kolonialnych liczyła około 2000 ludzi, a dla tak niewielkich sił 30 ckm-ów było sporym zastrzykiem nowoczesnej broni palnej. Paradoksalnie dostawa niemieckiej amunicji mogła jednak skomplikować logistykę Schutztruppe. Od dłuższego czasu posługiwały się one głównie zdobyczną bronią, zjawisko to nasiliło się po wkroczeniu do Mozambiku. Składając broń w Rodezji Niemcy nie mieli na swoim wyposażeniu ani jednego rodzimego karabinu! Na ich uzbrojeniu znajdowały się portugalskie i brytyjskie karabiny, zaś wśród ckm-ów tylko 7 było niemieckich, pozostałe 30 zdobyto na Brytyjczykach. Mimo tego, przewieziona broń i amunicja z pewnością stanowiłaby poważną pomoc dla wojsk kolonialnych. Szczególnie istotny mógł okazać się transport leków, Niemcy bowiem cierpieli na niedobór chininy i byli zmuszeni pić wywar z kory chinowca, zwany przez nich prześmiewczo sznapsem Lettowa((P. von Lettow-Vorbeck, Meine Erinnerungen…, s. 172.)). Ładunek przewożony przez sterowiec mógł więc okazać się istotny. Trzeba podkreślić, że akcja ta nie miała jedynie wymiaru militarnego, ale też (lub głównie) propagandowy. W Rzeszy pilnie śledzono zagraniczną prasę w poszukiwaniu informacji o poczynaniach Schutztruppe. Jeszcze w czasie wojny zaczęto kreować mit Lettowa-Vorbecka jako niepokonanego dowódcy. Wsparcie jego wojsk, a szczególnie dokonane w tak spektakularny sposób, musiałoby wpłynąć pozytywnie na morale narodu oraz wizerunek armii. Wprost mówił o tym Peter Strasser, dowódca sterowców marynarki wojennej: ukończenie operacji nie tylko przyniesie natychmiastowe wsparcie dla bohaterskich obrońców kolonii, ale będzie też wydarzeniem, które raz jeszcze rozentuzjazmuje Niemców i wzbudzi podziw na całym świecie((Cyt. za: D. H. Robinson, op. cit., s 284.)). Jak widać, sensowność operacji była rozpatrywana nie tylko w kategoriach militarnych. Ale czy załoga L 59 była w stanie dotrzeć do płaskowyżu Makonde i odnaleźć pozycje niemieckie? Jak pokazała jego afrykańska misja, zeppelin był w stanie pokonać ponad 6700 km, więcej niż wynosił szacowany dystans do pierwotnego celu((Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że pomiędzy fazą planowania, a ostatecznym lotem L59 minął miesiąc i Niemcy musieli wycofać się prawie 200 km na południe.)). Nie wiemy, jak dalszy lot w trudnych warunkach atmosferycznych wpłynąłby na wyważenie maszyny i ulatnianie się wodoru ze zbiorników, ale jednostka technicznie dysponowała wystarczającym zasięgiem. Dużo bardziej problematyczne byłoby wylądowanie w odpowiednim miejscu. Już pierwotne założenia można eufemistycznie określić dość optymistycznymi. Załoga miała znaleźć pozycje niemieckie na obszarze mniej więcej 1/4 dzisiejszego terytorium Polski, w zupełnie nie znanym jej terenie, posiłkując się nadajnikiem radiowym i obserwacją z powietrza. Po wyłączeniu z użycia nadajnika byłoby to o wiele trudniejsze, jeśli nie niemożliwe. Dowództwo zaś nie znało bieżącej pozycji Schutztruppe, sięgało jedynie po biały wywiad – komunikaty prasowe Ententy. Dodatkowo 25 listopada, w dniu planowanego przylotu, Lettow wymaszerował do portugalskiego Mozambiku, o czym w Berlinie nie miano pojęcia. Wydaje się więc, iż prawdopodobieństwo odnalezienia pozycji własnych wojsk było wyjątkowo nikłe, a zachodzące zdarzenia losowe zmniejszyły je praktycznie do zera. Sam Lettow-Vorbeck miał twierdzić, że akcja ta mogłaby zakończyć się sukcesem, gdyby podjęto ją miesiąc wcześniej – co pokrywa się z planowanym terminem lotu sterowca L 57. Mimo tego powątpiewał w możliwość odnalezienia celu na ziemi. Poza tym, dzięki znajomości niemieckich kodów radiowych o całym przedsięwzięciu rzekomo wiedzieli Brytyjczycy, którzy mieli postawić w stan pogotowia lotnictwo w Afryce Wschodniej. Możliwe więc, że Bockholt i jego załoga staliby się ofiarami samolotów myśliwskich. Podsumowując ten wątek możemy stwierdzić, iż dowództwo przerwało misję kierując się słusznymi pobudkami, choć nie wiedziano dokładnie jak potoczyły się wydarzenia w Afryce Wschodniej((P. von Lettow-Vorbeck, Meine Erinnerungen…, s. 295; J. Goebel, op. cit., s. 96-97; D. H. Robinson, op. cit., s. 284, 288; E. Michels, op. cit., s. 232, 234-235; K.-W. Schäfer, op. cit., s. 6-7, 11.)).

Autor: Damian Zieliński

Damian Zieliński - Doktorant w Zakładzie Historii Powszechnej XIX i XX wieku IH UAM. Laureat Nagrody im. Kazimierza Tymienieckiego za najlepszą pracę magisterską obronioną w Instytucie Historii UAM w roku akademickim 2012/2013 (tytuł rozprawy: Paul Emil von Lettow-Vorbeck – biografia). Interesuje się historią Niemiec i Afryki w XIX i XX wieku oraz teorią wojskowości.