Obóz przesiedleńczy w Dobrzycy

Marian Gładysz relacjonował okoliczności wysiedlenia z majątku w Brzozie i uwięzienia w obozie:
25 października, w czasie śniadania nadjeżdża samochód, każą mnie wołać. Widzę przed sobą oficera żandarmerii – jak się później okazało to Obermeister policji Fischer – poza tym stoi przede mną żandarm, który przybył by mnie aresztować oraz cywil z karabinem na ramieniu i swastyką na rękawie. Fischer pyta czy jestem właścicielem Brzozy, usłyszawszy odpowiedź potwierdzającą oświadcza mi, że w przeciągu 15 minut muszę przygotować się do opuszczenia z żoną i dziećmi Brzozy na zawsze. Pozwala zabrać tylko dwie walizki na całą rodzinę i jedynie po jednej łyżce bez noży i widelców. (…) Wreszcie każe siadać na przygotowane przez niego pojazdy – przed domem oświadcza mi, ze właściwie, zgodnie z przepisami, powinien mnie i rodzinę załadować na wóz od gnoju. (…)
Około południa dowieziono nas do Dobrzycy. Był tu w parku pałac hr. Stefana Czarneckiego – doszczętnie ograbiony – gołe ściany. W każdym pokoju była słoma wilgotna, rozdzielono nas po kilka rodzin do każdego pokoju, bez różnicy płci. Zastaliśmy tam już wszystkich nieomal właścicieli majątków i znaczniejszych włościan z powiatu, niedobitki dowieziono w dalszych dwóch dniach. Przy zajeździe przed pałac zastajemy Fischera przemawiającego do internowanych, zrobił im awanturę, iż przy jego przyjeździe nie ukłonili mu się – żądał tego na przyszłość, twierdząc wyraźnie, że internowani są „baranami”(Böcke) a on ich „panem” ((M. Gładysz, Z pamiętnika…, s. 10-11.)).

Krzysztof Kubicki, wysiedlony z rodziną ze Świnkowa, wspominał umieszczenie jego rodziny w obozie następująco:
Okoliczności opuszczenia przez nas Świnkowa nie zapamiętałem, wiem tylko, że oprócz rzeczy osobistych w 2 walizkach mogliśmy tylko zabrać worek z pościelą. Jak się odbyło przybycie do Dobrzycy i kto nam wyznaczył miejsce w pałacu nie zapamiętałem. Spotkaliśmy tam rodziców mojej matki Stanisława i Jadwigę Szyfterów ze Starego Kobylina, z którymi umieszczono nas razem w bibliotece. Byli tam też nasi sąsiedzi pp. Balcerzakowie z Baszyn z córką i jeszcze jedna rodzina 2 lub 3-osobowa. Było więc w tej bibliotece 12 lub 13 osób i wszyscy spaliśmy na podłodze, na słomie ograniczonej deskami ((K. Kubicki, Mój pobyt w obozie przejściowym…, s. 13.)).

Rytm życia obozowego charakteryzował Marian Gładysz:
Mężczyźni i chłopcy powyżej 16 lat musieli codziennie pracować. Rano o 7.30 był apel przed pałacem i praca do 11.30, po obiedzie apel o 13-ej i praca do 16-ej. Kopano w ogrodzie warzywnym należącym do majątku, a wydzierżawionym w czasie naszego pobytu Niemcowi, ogrodnikowi z pobliskiego miasteczka Dobrzycy. Oczywiście pracowano bez wynagrodzenia, na korzyść niemieckiego dzierżawcy. Ks. Olgierd Czartoryski z Baszkowa wyznaczony był do czyszczenia klozetu wybudowanego z desek dla internowanych i klozetu dla straży obozowej. Mnie przeznaczono do rąbania drzewa dla kuchni obozowej i dla odwachu ((M. Gładysz, Z pamiętnika…, s. 11-12.)).

Codziennie o godzinie 7:30 rano miał miejsce apel, podczas którego liczono osadzonych obecnych na apelu oraz chorych, leżących w pokojach. Osadzeni w obozie w Dobrzycy Polacy musieli wykonywać określone prace porządkowe wskazane przez komendanta obozu:
Komendant obozu wyznaczał mężczyznom różne prace często uciążliwe i prawdopodobnie niepotrzebne. Mój ojciec był wyznaczany często do prac pomiarowych, które nie wiem w jakim celu były wykonywane. Inne grupy porządkowały teren, kopały w ogrodzie, piłowały i rąbały drzewo potrzebne do kuchni. Niektórym, wybranym panom kazał komendant zamiatać ulice i sprzątać różne brudy w miasteczku. Codziennie wybrani panowie chodzili z wielkimi koszami po chleb do piekarni konwojowani przez strażników ((Ibidem, s. 14.)).

Tylko małe dzieci i młodzież do 16 roku życia zwolniona była z obowiązku wykonywania prac porządkowych na terenie obozu:
My młodzi i dzieci całymi dniami, gdy nie padało przebywaliśmy w parku i z nudów robiliśmy w tych trudnych warunkach wzajemne psikusy ((A. Chełkowski, Chwila wspomnień z lat minionych – obóz hitlerowski przejściowy w Dobrzycy dla ziemian z powiatu krotoszyńskiego w 1939 r., w: „Notatki Dobrzyckie” 2008, nr 36, s. 40.)).

Początkowo obóz był pilnowany przez miejscowych członków Selbstschutzu, zastąpionych przez policjantów i żandarmów, rekrutujących się spośród miejscowych Volksdeutschów. Obóz w Dobrzycy znajdował się pod nadzorem Gestapo.
W pierwszych dniach strażą naszą byli starzy wysłużeni wojacy niemieccy z „Landsturmu” (pospolite ruszenie). Obchodzili się z nami przyzwoicie, napominali, byśmy się przy nich nie nadwerężali, Twierdzili, że widzą w nas przyzwoitych ludzi, a nie żadnych wyszukanych „bandytów”, jak im nas opisywano. Po nich przyszli młodzi „Volksdeutsche” z powiatu, ci nas szykanowali, po nich wreszcie policja SD z nadzorem Gestapo… ((M. Gładysz, Z pamiętnika…, s. 12.)).

Na „starszego” (wewnętrzny komendant) obozu wybrano Szczęsnego Chełkowskiego – ziemianina z Dierżanowa, co Antoni Chełkowski uzasadniał następująco:
Ojciec mój, ze względu na młody wiek i wspaniałą znajomość języka niemieckiego, bo kończył szkoły i gimnazjum w Ostrowie Wlkp. w 1918 roku, został przez uwięzionych wybrany jako przedstawiciel do rozmów z władzą niemiecką ((A. Chełkowski, Chwila wspomnień z lat minionych…, s. 40.)).

Autor: Maria Niestrawska

Maria Niestrawska - Absolwentka Wydziału Historycznego Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu ze specjalnością turystyka historyczna i animacja historii. Jej zainteresowania badawcze skupiają się na historii II Rzeczypospolitej oraz historii II wojny światowej, ze szczególnym uwzględnieniem okupacji Wielkopolski oraz wysiedleń ludności polskiej. Pracownik Muzeum Literackiego Henryka Sienkiewicza w Poznaniu Oddział Biblioteki Raczyńskich.