W doborowym towarzystwie

Pamiętam ileż to larum było gdy okazało się, że nasze śmigłowce w Afganistanie nie mają “siły” by wystartować. No nie dziwota, że nie mogły skoro nikt ich na takie wojaże nie produkował. Miały latać po pięknych czołgowych nizinach Polski, a nie gdzieś po górach w Afganistanie. Koniec końców wszystko skończyło się dobrze, a my mamy teraz piękne ujęcia samolotowych startów i kunsztu pilotów podnoszących tego smoka na przednie kółko i gazujących po pasie.

Ale co to za towarzystwo?

Ano doborowe bo zza Wielkiej Wody! Nie tylko my mieliśmy problem z niedostateczną mocą w naszych śmigłowcach. Również armia USA cierpi na tą samą przypadłość. Trwa tam teraz batalia o to, czy będzie nowy silnik dla helikopterów czy jednak nie. Sprawa rozbija się o to, czy dalej modernizować to co się ma czy też rzucić się w objęcia przyszłości i pozostawiwszy sprzęt bez większych zmian skupić się na nowych projektach.

Jak zwykle liczy się horyzont…

Tutaj dotykamy ważnej dla wojska rzeczy. Dziś wyposażenie nie jest z dykty jak to drzewiej bywało i nie jest tak, że jak się go nie używa to nam się rozklei, rozejdzie, wilgocią najdzie i nawet do spalenia nie będzie się nadawało. Dziś sprzęt wojskowy lata 30, 40 lat, a niektóre dziadki jak B-52 to… lepiej im w dowód nie zaglądać bo to nieprzyzwoite, a końca służby nie widać. Zatem taki Apache w wersji E, który dopiero co nabiera szlifów i ogłady w wojaczce polata spokojnie 30 lat. I co z tym fantem zrobić? Śmiało można założyć, że w tym okresie dorzucą mu dodatkowego wyposażenia, nowoczesnych technologii i zapas mocy będzie znowu topniał niczym śnieg w słoneczny wiosenny dzień.

Jakie są opcje?

Oczywiście przynajmniej dwie – jak zawsze. Jedna z nich to inwestycja w program Improved Turbine Engine Program (ITEP) – pewne kroki w tej materii już się dzieją. Np. GE dostał kontrakt na 102 miliony dolarów na prace badawcze w tym zakresie przez najbliższe 24 miesiące… ale co to jest? Grosze… Jak czytamy na stronach GE silnik ten mógłby być później wykorzystany właśnie w przyszłościowych śmigłowcach kryjących się za określeniem Future Vertical Lift. W sumie nie wiemy czy będą to śmigłowce, ponieważ już możemy obserwować kolejne po V-22 Osprey maszyny takie jak choćby Bell V-280. W każdym razie możemy śmiało założyć, że silnik ITEP w wersjach rozwojowych miałby napędzać maszyny nowej generacji.

Druga opcja jest nie rozwijać nowego silnika na potrzeby starego sprzętu i od razu skupić się na nowych maszynach.

I co teraz?

Jak pokazuje doświadczenie nie zawsze warto rzucać się na głęboką wodę, a już tym bardziej w armii. Program F-35 nie idzie gładko i trochę potrwa zanim dojrzeje, a to z kolei wiąże się z koniecznością stałych modernizacji już posiadanej floty samolotów. W przypadku nowych śmigłowców może być podobnie. Cały czas mam w pamięci ile pieniędzy wpompowano w program nowych śmigłowców dla prezydenta USA i co z tego wyszło. Zatem zakładanie dziś, na starcie programy przyszłościowych śmigłowców, że przebiegnie zgodnie z planem jest naiwne. Na oko strzelam, że będzie miał 5 lat poślizgu lub poważne cięcia by w ogóle zmieścić się w terminach. Wszystko oczywiście przy kluczowym założeniu, ze sytuacja geopolityczna i powiązania z nią gospodarcza nam się nie zmieni i daj nam Panie Boże by tak właśnie było. Jak nic miałbym 40 lat smarowania o śrubkach, blaszkach i innych niezwykle interesujących gwintach.

Na czym stoimy teraz?

Po wielkich perturbacjach i kłopotach wygląda na to, że do 2024 roku uda się program nowego silnika uruchomić – tzn. wtedy ma ruszyć produkcja jednostek. Na horyzoncie, czyli w 2017 mamy start programu FVL. Tylko pamiętajmy, że planowana produkcja maszyn z tego programu to 2029 rok i to w wersji startowej, czyli LRIP. Zatem jak koncypują mądrzejsi od piszącego te słowa zastąpienie 3000 maszyn Black Hawk i Apache, bo o takich liczbach mówimy, zajmie masę czasu, a i to przy założeniu, że produkcja ruszy błyskawicznie i osiągnie rekordowe dla obu wymienionych powyżej typów ilości w ujęciu rocznym.

Czyli?

Czyli chyba jednak warto zainwestować w nowy silnik zakładając, ze program FVL się opóźni, bo takie cuda zawsze się opóźniają. Wszak nie mówimy tu np. o nowej rewolucyjnej i innowacyjnej wersji Hummera z lżejszymi kołami, którą robi się w mig, ale być może o futurystycznym z naszej perspektywy koncepcie. Jak to cudo będzie wyglądać czas pokaże.

Tymczasem nad Wisłą, a w zasadzie nad Wartą czekamy i zastanawiamy się nad tym co też będzie u nas latało przez kolejne 30-40 lat. Obyśmy wybrali mądrze.

Krzysztof Kuska

Zdjęcie: Bell