Jagdgeschwader 26 „Schlageter” część 3

W części pierwszej artykułu opisane zostały początki jednostki, a druga przedstawiła okres największych sukcesów kiedy to na niebie panowały Fw 190. Część trzecia opisuje historię jednostki do końca wojny.

 

Początek inwazji uruchomił opracowany wcześniej przez dowództwo Luftwaffe plan. Niemcy mieli przenieść się na lotniska bliżej wybrzeża, a siły myśliwskie miały zostać wzmocnione jednostkami stacjonującymi w Rzeszy. Przebazowanie odbywało się jednak w kompletnym chaosie. Ostatecznie wszystko udało się wyprostować, ale czas został zmarnowany. Hauptmann Gross z II/JG 26 tak wspomina tamta sytuację: Niestety już od pierwszych momentów inwazji dało się zauważyć, że sprawne dowodzenie zawiodło. Miejsca stacjonowania były wielokrotnie zmieniane, co doprowadziło do tego że niektóre komponenty obsługi naziemnej trafiały na nie swoje lotniska. ((J.Priller, Geschichte…, s. 244.)) Obsługa z JG 26 i JG 2 miotała się z jednego miejsca na inne. W konsekwencji pierwsza odpowiedzią na inwazję był lot pary Fw 190 złożonej z Prillera i jego skrzydłowego Wodarczyka. W brawurowej akcji dokonali nalotu na plażę Sword ostrzeliwując lądujących z lotu koszącego.

Przekonanie dowództwa, iż cała akcja to tylko dywersja i główny atak nastąpi gdzie indziej zaowocowało wstrzymywaniem przelotu myśliwców z Rzeszy na lotniska we Francji. Nastąpiło to dopiero wieczorem i nie miało wpływu na przebieg wydarzeń pierwszego dnia. Caldwell podaje iż tego dnia Alianci wykonali 14000 lotów bojowych, a 56th Fighter Group aż 11 misji. W kolejnych dniach samoloty JG 26 startowały z maksymalną częstotliwością atakując z lotu koszącego lub starając się przechwytywać samoloty wroga. Warto zerknąć na statystyki. 7 czerwca na froncie inwazyjnym znalazło się 17 Gruppen, a tylko 6 osłaniało terytorium Rzeszy. Etatowo byłoby to 1100 samolotów myśliwskich nad Kanałem co stanowiłoby pokaźna siłę. Jak pokazały jednak wcześniej przytaczane straty, faktycznie liczbę tą należałoby przynajmniej podzielić na połowę. Dodatkowo chaos powstały przy przemieszczaniu zaowocował zgłoszeniem gotowości bojowej zaledwie przez 278 samolotów zaraz po transferze na zachód. W sumie tyle ile liczyłby jeden etatowy Geschwader z dodatkową Gruppe. Taka liczba maszyn nie mogła znacząco zmienić obrazu sytuacji na zachodzie. Lotnicza armada aliantów była nie do zatrzymania. By maksymalnie wykorzystać dostępne siły Niemcy zdecydowali się na wysyłanie samolotów na wymiatanie oraz ataki z lotu koszącego. Jeszcze 11 czerwca jednostki myśliwskie nie były do końca przygotowane do wykonywania ataków bombowych. Kończono instalację uchwytów bombowych na co przeznaczono cały dzień po czym zdecydowano się odwołać całą sprawę. Nieoceniona w prowadzeniu inwazji była praca wywiadu alianckiego, który dzięki przechwytywaniu zakodowanych informacji miał wgląd w chaos jaki panował wśród Niemców. Był on na tyle duży, że w grę nie wchodziły żadne poważne operacje poza Freie Jagd. Od 13 czerwca włączono nowe zadania dla myśliwców – Strasenjagd, czyli atakowanie szlaków komunikacyjnych używanych na przyczółkach przez Aliantów. Każda gorsza pogoda nad kontynentem powodowała zmasowane naloty na cele w pobliżu przyczółka z naciskiem na lotniska i składy. JG 26 podczas tych pierwszych dni odznaczał się znaczną aktywnością w zestrzeleniach bombowców na tle pozostałych JG. Podstawowym problemem stało się jednak uzupełniania topniejącego w oczach parku maszynowego.

Takie nagromadzenie jednostek pogłębiało i tak trudną sytuację. W raportach i konferencjach dowódców wykazano jednoznacznie nieprzystosowanie przestarzałych Bf 109 do wykonywanych zadań. W momencie zatrzymania ofensywy w trudnym terenie Normandii, 8 Armia wysłała 1099 bombowców w małych grupach na cele punktowe. Całą akcję wspomagały samoloty z jednostek taktycznych. W drastyczny sposób zaczął objawiać się brak doświadczonych dowódców niższego szczebla w całym JG 26. Loty odbywały się praktycznie od świtu do zmierzchu i tak miało być przez następne dwa miesiące. Podsumowanie czerwca wypadło tragicznie dla Luftwaffe. Z etatowych 1300 samolotów w służbie były jedynie 233. Według dokumentów wszystkie maszyny wykonały w sumie w okresie 6-30 czerwca 10,061 lotów w stosunku do około 130,000 wykonanych przez Aliantów. Na 1 zestrzelony samolot aliancki przypadały 3 samoloty Niemieckie. Strata jednego pilota alianckiego owocowała stratą dwóch po stronie niemieckiej. Napięcie i presję tamtych dni opisał w swoich wspomnieniach jeden z młodych pilotów III/JG 54: Nikt nie może oceniać czym było znalezienie się w powietrzu w kilka minut, bezcelowa i beznadziejna misja przeciwko przyłączającym przeciwnościom. Krótka walka kołowa i nagłe odejście w kierunku domu ponieważ wróg nadlatywał ze wsparciem z każdej ćwiartki na pomoc swoim kolego. Ani najwyższe umiejętności pilotażu oraz najbardziej szalona brawura nie mogły przynieść pożytku. Musiałeś zniknąć ze sceny walki… Musiałeś po prostu uciec niezależnie od tego czy tego chciałeś czy nie. Pozostawanie na polu bitwy było samobójstwem. Czary goryczy dopełniały irracjonalne rozkazy wydawane przez dowództwo. ((W. Heilemann, Allert in the West, Bristol 2003, s. 21-22))

W lipcu coraz więcej samolotów przemieszczało się na lotniska za Kanałem ułatwiając aliantom zadanie. Pierwsze dni miesiąca przyniosły kiepską pogodę utrudniającą większą aktywność w powietrzu. Wzmożona aktywność Luftwaffe przynosiła oczywiście proporcjonalnie duże straty. JG 26 uczestniczył w większości misji startując kilkakrotnie w ciągu dnia. Bliskość rejonu walk pozwalała na tak duże obciążenie pilotów i maszyn. Alianci znajdując się na nasłuchu przechwycili tym razem zalecenie Göringa nakazujące zakaz lotów dla dowódców bez odpowiedniej osłony. I tak Staffelkapitan musiał mieć 6 samolotów osłony, Gruppenkommandeur 15, a dowódca pułku mógł wystartować w towarzystwie 45 maszyn. Problemem zaczęło stawać się przerywanie z misji z powodu kłopotów z radiem, silnikiem, zbiornikami co mogło oznaczać spadek morale i chęć unikania walki przy tak miażdżącej przewadze aliantów. Z drugiej strony duża liczba wylotów jednego dnia obciążała do granic wytrzymałości obsługę naziemną i sprzęt, którego jakość zaczynał również spadać. Niemcy podczas złej pogody starali się wysyłać myśliwce z podwieszonymi bombami lub z zadaniem ataków z lotu koszącego. Zła pogoda utrudniała loty, ale uziemiała również znaczną część alianckiej armady. W połowie lipca pod skrzydła Focke Wulfów podczepiono ponownie WGr 21 tym razem miały one jednak służyć do niszczenia alianckich czołgów. Pierwsza Gruppe wyposażona w ten sposób latała jako Werfergruppe. Deszczowy lipiec dalej uniemożliwiał nieprzerwane prowadzenie operacji na szeroka skalę.

Zamach na Hitlera zaowocował zmianami w Luftwaffe. Od teraz należało zarzucić salutowanie i przejść na nazistowskie powitanie. Dodatkowo do oddziałów mieli dołączyć oficerowie odpowiedzialni za utrzymanie „odpowiedniego” ducha w jednostkach.

25 lipca ruszyła aliancka operacja „Cobra” mająca na celu popchnięcie do przodu wojsk, które utknęły pod St. Lô. Dywanowy atak ciężkich bombowców musiał odnieść sukces. W międzyczasie II Gruppe odbudowywała się w Niemczech. Lipiec zaskoczył złymi warunkami pogodowymi. W sumie JG 26 zgłosił 45 zestrzeleń, za cenę 20 pilotów zabitych w walkach, 1 w wypadku i 16 rannych. W tej liczbie było dwóch zabitych Staffelkapitäne i dwóch rannych Kapitäne.

W sierpniu robiąca duże postępy 3. Armia gen Pattona stała się poważnym zagrożeniem i w związku z tym dowództwo Luftwaffe skierowało swoja uwagę na odcinek frontu obsadzony przez jego jednostki. W akcji brały udział zarówno I i III Gruppe. Zła pogoda dalej się utrzymywała co utrudniało aliantom przechwytywanie niemieckich ataków. Dalej nieźle sprawdzały się ataki rakietowe I Gruppe jak i innych tego typu jednostek z pozostałych Geschwader. Nad Europą podczas dnia zaczęły się pojawiać w niewielkich liczbach brytyjskie nocne bombowce co było prawdziwą gratką dla wytrawnych pilotów, jako że nie stanowiły zbyt trudnego celu zwłaszcza, iż nie latały w takich formacjach jak Amerykanie. W połowie sierpnia II Gruppe powróciła na front. Pozostałe Gruppe co jakiś czas musiały dostawać urlop jedno lub dwudniowy by móc odzyskać choć częściową sprawność bojową. Nierzadko jedna Gruppe do misji zaplanowanej przez dowództwo wystawiała zaledwie kilka samolotów. Postępujące wojska aliantów wymusiły na Niemcach ewakuację z zajmowanych lotnisk. Problemem stawały się niesprawne samoloty, które obsługa musiała jak najszybciej doprowadzić do stanu używalności pozwalającego choćby na przemieszczenie. 18 sierpnia podczas jednej z misji przeciwko alianckim samolotom wspierajacym operacje taktyczne II Gruppe poniosło ogromne straty. Polski 315 dywizjon wykorzystał brak doświadczenia i zestrzelił w sumie osiem samolotów. Poziom uzupełnień był bardzo niski. Trwająca ofensywa wymagała ciągłego przemieszczania i tylko duże doświadczanie JG 26 pozwalało na utrzymania stosunkowo wysokiej gotowości bojowej podczas odwrotu. W tym czasie zaczęły się poważne problemy z paliwem lotniczym. By wystawić jakiekolwiek maszyny dochodziło do zbierania benzyny z niesprawnych samolotów by zatankować te zdolne do lotu. Pod koniec sierpnia JG 26 wycofała się w rejon Brukseli. Deficyt paliwa była tak wielki iż ograniczano misje i nakazywano zachowywać rezerwę na wypadek odwrotu pozwalającą na 150 km skok.

Postępujące wojska wymusiły na JG 26 ponowny przelot na nowe lotniska, tym razem już na terenie Niemiec. O ile przebazowanie samolotów nie stanowiło problemu to obsługa naziemna musiała przebijać się przez tłumy wycofujących się żołnierzy. Nowe bazy JG 26 znajdowały się w zachodniej części Niemiec nieopodal Zagłębia Ruhry. Dalej towarem deficytowym było paliwo. 11 września doszło do dużego przechwycenia nalotu ciężkich bombowców. Wystartowało aż 500 myśliwców co jak na możliwości Luftwaffe w owym czasie było spora liczbą. We wrześniu głównym zadaniem JG 26 stała się osłona robotników i cywilów pracujących przy umocnieniach Wału Zachodniego w rejonie Aachen, Mastrich i Metzu. Poza tym jednostka brała udział w ataku na jednostki spadochronowe biorące udział w operacji Market Garden. Osłona myśliwska była jednak tak wielka, że żaden z samolotów nie zbliżył się nawet do lądujących wojsk. Ataki na maszyny z zaopatrzeniem dla spadochroniarzy otrzymały najwyższy priorytet, ale parasol myśliwski był na tyle skuteczny, że poza próbami Niemcy nic nie wskórali. Starty były przeplatane z dniami złej pogody, która uziemiała obie strony. Nagonka na pilotów trwała w najlepsze i Göring odgrażał się sądami polowymi i rozstrzelaniem na oczach oddziału dowódców i pilotów posadzonych o tchórzostwo. Gdy pogoda się poprawiła JG 26 wziął udział w atakach na przeprawy w Oosterbeek i Nijmegen. Pod koniec września III Gruppe przezbroiła się na Bf 109 G-14 z mocniejszym silnikiem i wieloma innymi usprawnieniami. Do jednostki przyjęto również kilka samolotów G-10.

W październiku jednostka powróciła do zadań związanych z osłoną robotników na Wale Zachodnim oraz okazjonalnie do walki z nalotami nadal udającymi się nad Rzeszę. Piloci z uzupełnień reprezentowały tak niski poziom, że próba przechwycenia formacji i zaatakowania jej w szyku kończyła się źle gdyż zazwyczaj myśliwce osłony zdążyły nadlecieć, a potem młodzi piloci byli już tylko łatwym łupem dla Mustangów. Od 22 października pogoda uległa znacznemu pogorszeniu i loty były na tyle utrudnione iż jedynie sporadycznie dochodziło do walki w powietrzu. W związku z ciągłymi brakami paliwa wprowadzono rygorystyczne zasadyjego wykorzystania. Loty bojowe można było wykonywa jedynie podczas dobrej pogody i z dużymi szansami na sukces, zakazano lotów treningowych. III Gruppe miała zostać przezbrojona w nowe Bf 109 K-4.

W listopadzie nad cele związane z przemysłem naftowym poleciało 1100 ciężkich bombowców i aż 968 myśliwców. Niemcy nie mieli niemal nic do powiedzenia. Poszczególne Gruppen startowały do misji Jabojagd z rożnym skutkiem i w rożnej liczbie. Zdarzało się 8 maszyn na jedną jednostkę. Listopadowa pogoda powodowała problemy ze startami z lotnisk polowych. Samolotów nierzadko nie można było ruszyć, gdyż zapadały się po osiew błocie. W listopadzie ogłoszono, iż II Gruppe zostanie przezbrojona na Fw 190 D-9. Tymczasem Galland od dłuższego czasu przygotowywał wielkie uderzenie myśliwców w sile około 2000 maszyn, które miało zaatakować formacje bombowców lecącą w głąb Niemiec. Miało to zahamować ofensywę na 2-3 miesiące i dać czas na reorganizacje przemysłu i osiągnięcie gotowości bojowej jednostek Me 262. Do akcji jednak nie doszło, a cały wysiłek który włożył Galand w przygotowanie operacji został zaprzepaszczony. Zdecydowano się na użycie zgromadzonych myśliwców w operacji Bodenplatte. Tymczasem II i III Gruppe odbywały standardowe loty, ale z naciskiem na wyszukiwanie samolotów odpowiedzialnych za kierowanie ogniem artylerii. Opór stawiany formacjom bombowców systematycznie słabł. Straty rosły natomiast niemal z każdym nalotem.

Początek grudnia z dobrą pogodą pozwolił na loty wspierające jednostki naziemne. W połowie miesiące niemieckie armie pancerne ruszyły do ataku w Ardenach, ale śnieżyce uniemożliwiły pomoc ze strony lotnictwa. Bardziej niż pomocy Niemcy potrzebowali właśnie złej pogody, która gwarantowała uziemienie lotnictwa alianckiego, które i tak dominowało w powietrzu. W tym czasie również pierwsza Gruppe rozpoczęła przezbrajanie na Fw 190 D-9. W przeciwieństwie jednak do II Gruppe nie mogła opuścić frontu i cały czas musiała pozostawać w gotowości bojowej i brać udział w akcjach. Po okresie złej pogody nad frontem zaświeciło słońce co zaowocowało zmasowanymi atakami alianckiego lotnictwa taktycznego i bombowego. 24 grudnia 8 armia wysłała największą liczbę bombowców która kiedykolwiek wzniosła się w powietrze. Ponad dwa tysiące bombowców eskortowanych przez 853 myśliwce zaatakowało węzły komunikacyjne i lotniska w zachodnich Niemczech. Fw 190 D-9 z JG 26 brały udział w ataku na tą formację. Sukcesy były mizerne, jednak po części Niemcy odbili to sobie odnosząc pewne zwycięstwa nad P-47 wykonującymi naloty bombowe. Pod koniec grudnia było już pewne, że ofensywa w Ardenach nie ma szans na sukces. Ostatnia szansa na odwrócenie biegu zdarzeń na zachodzie przepadła, a brak przewagi w powietrzu przyczynił się do tego wydatnie. 31 grudnia padło hasło VARUS 1.1.45 – TEUTONICUS. Operacja Bodenplatte uzyskała zielone światło.

Bezsensowność tej operacji była już szeroko opisywana. Zastosowanie tej masy myśliwców przeciwko starannie wybranemu nalotowi mogło choć w niewielkim stopniu wpłynąć na sytuację. Nalot na alianckie lotniska rankiem 1 stycznia 1945 doprowadził jedynie do tego, że utracono 300 z 900 wysłanych samolotów. Efekt militarny był niemal żaden. Dodatkowo stracono 19 dowódców różnego szczebla którzy byli nie do zastąpienia na tym etapie wojny.

I/JG 26 nadleciał nad wyznaczone lotnisko, ale okazało się, że nie jest ono czynne. Na płycie znajdowało się jedynie 6 samolotów. Ostrzał artylerii przeciwlotniczej był silny. W tej misji I/JG 26 towarzyszyła JG 54. Jeden z jej pilotów, Leuthnant Theo Nibel, niezbyt dobrze wspomina spotkanie z artylerią przeciwlotniczą: Miałem za zadanie uciszyć obronę przeciwlotniczą na lotnisku Grimbergen. W sumie wykonaliśmy trzy naloty na stanowiska przeciwlotnicze, które odpowiadały silnym ogniem. Gdy podciągnąłem po trzecim ataku mój silnik przestał pracować. Podejrzewałem, że flak trafił w silnik. Podciągnąłem na wysokość 100 metrów i musiałem szybko decydować czy skakać ze spadochronem czy też lądować awaryjnie. Szybko traciłem wysokość i musiałem lądować na brzuchu. ((A. Bishop, Destruction at dawn, Toronto 1998, s. 145.))12 samolotów I/JG 26 nie wróciło z misji. Dla III/JG 54 straty były jeszcze gorsze. Na 17 maszyn powróciło tylko 7.

II/JG 26 i III/JG 26 odniosły sukces i ich atak się powiódł. Należały jednak do mniejszości. Na 34 wysłane Gruppen 10 w ogóle nie odnalazło celu, 9 wykonało bezskuteczne ataki, 2 Gruppen nadleciały nad cel w szyku, ale ich lotniska były nieczynne. Jak wynika z powyższego jedynie 1/3 wysłanych sił odniosła sukces. Wszystko to za cenę bezpowrotnej straty 214 pilotów zabitych, zaginionych lub wziętych do niewoli. Bilans zysków i strat zdecydowanie przedstawiał się niekorzystnie dla Niemców. Co ciekawe alianci odbudowali swoje straty w przeciągu tygodnia. Dla JG 26 skończył się również czas starć z nalotami amerykańskich bombowców. Pułk latał już tylko jako wsparcie dla walczących z Brytyjczykami, Kanadyjczykami i Amerykanami, Francuzami i Polakami wojskami niemieckimi. Gunther Blomertz tak opisuje atak podczas Bodenplatte: Było nas 60, ale obok nas było wiele innych samolotów, zobaczyliśmy je dopiero teraz gdyż wszystkie dywizjony startowały jednocześnie by nie stanowić zbyt łatwego celu dla artylerii przeciwlotniczej. Zanim jednak dotarliśmy do pierwszych pozycji naszych wojsk pociski wszelkiego kalibru zaczęły wybuchać pomiędzy nami. Wlatywaliśmy w ogień własnej artylerii przeciwlotniczej, która nie rozpoznała własnych samolotów. Efekt był przerażający. Uzyskiwali trafienia każda salwą, gdyż niemożliwym było zastosowanie uników w tak ciasnej formacji bez zderzenia z samolotem lecącym obok. Decydowało tylko szczęście, a szczęście opuściło już 6 moich towarzyszy z 60 gdy wlatywaliśmy na terytorium nieprzyjaciela. Za 10 kolejnych minut mieliśmy osiągnąć nasz cel Brukselę. […] Setki bombowców i myśliwców stały po wszystkich stronach lotniska. „Strzelać bez rozkazu” […] Pierwsze płomienie pokazały się pomiędzy zaparkowanymi samolotami. […] Gdy kontynuowaliśmy nasz niezakłócony nalot na rzędy bombowców ciężki niebiesko-czarny dym wznosił się niemal z 40 samolotów. Nagle spostrzegliśmy charakterystyczne brytyjskie pociski zmierzające w nasza stronę- Spitfirey musiały wystartować z innych lotnisk. Było teraz ciężko rozróżnić swojego od wroga. Wszyscy się rozproszyli. Grupy i klucze atakowały atakujących i zaczęła się dzika pogoń, wrzawa bez linii frontu. Smugacze latały we wszystkich kierunkach i uszkodzone samoloty nurkowały w kierunku ziemi z ciemnymi chmurami dymu lub z płomieniami ciągnącymi się za nami niczym ogony komet, wielkie parasole dymu wznosiły się w niebo w miejscach w których uderzali w ziemię. Kilka spadochronów zmierzało spokojnie w kierunku ziemi. […] „Wracają!” mechanicy krzyczeli. Hałas silników był słyszalny z oddali i niedługo dostrzegliśmy naszą armadę zmierzającą w nieregularnych formacjach w stronę lotniska. Wydawało się, że jest ich nie więcej niż 30. Niektóre przeleciały powoli i niepewnie nad hangarami, a niektóre z uszkodzonymi, ślizgały się po ziemi wznosząc tumany śniegu i zatrzymywały się ze złamanymi skrzydłami.((G. Blomertz, Heaven next stop, Sutton Publishing 1998, s. 163-165.))

Styczniowa pogoda pozwalała jedynie na niewielką liczbę lotów operacyjnych. Po rozpoczęciu ofensywy znad Wisły przez Rosjan resztka zgromadzonych przez Gallanda myśliwców została wysłana jako wsparcie dla niemieckich wojsk na wschodzie. Ważnym zadaniem dla JG 26 stały się ataki na alianckie myśliwce nękające w lotach szturmowych wycofujące się z Ardenów oddziały. 14 stycznia JG 26 poniósł największe jednodniowe straty podczas całej wojny tracąc 13 pilotów. Loty zostały wstrzymane na czas odbudowana stanów etatowych. W kolejnych dniach jednostka dalej zwalczała ataki myśliwców mombardujących ze strony przeciwnika oraz osłaniała lotniska myśliwców odrzutowych. Pod koniec stycznia dowódca jednostki przestał być Josef Priller, który przeszedł na stanowisko Inspektora Dziennych Myśliwców odpowiadającego za front zachodni. Jego miejsce zajął Franz Götz.

Luty nie przyniósł znaczącej poprawy w pogodzie. Fw 190 D-9 nadal były nowością dla pilotów stądteżgdy tylko pogoda na to pozwalała trwało przeszkalanie – paliwa było nieco więcej więc można było wznowić tego typu działania. III/ Gruppe jeszcze przez dłuższy czas nie była zdolna do latania operacyjnego. Miesiąc nie różnił się znacząco od poprzednich. Latano głównie jako wsparcie dla własnych jednostek naziemnych oraz przeciwko wrogim myśliwcom Jabo. Pierwsza misja, którą odbyła III Gruppe zakończyła się wypadkiem podczas lądowania kiedy to jeden z pilotów popisywał się przed swoją dziewczyną i wpadł na drugi samolot będąc już na ziemi.

W marcu dalej trwały problemy z benzyna. Morale było już bardzo niskie. Pogoda uniemożliwiała loty większych formacji więc startowano w mniejszych grupach, najczęściej w sile jednego Schwarmu. Ważnym celem na liście dowództwa były nadal samoloty koordynujące ostrzał artyleryjski, ale nie zawsze udawało się je wypatrzyć. Amerykanie zdobywając most w Remagen uzyskali przeprawę przez stanowiący poważną przeszkodę terenową Ren.

W początkowym okresie 14 Fliegerdivision pod którą podlegała JG 26 nie atakowała tego przyczółka co było całkiem dziwne z punktu widzenia strategicznego. Dopiero później podległe jej samoloty włączyły się w ataki na postępujące oddziały amerykańskie.

W połowie marca zapasy paliwa zaczęły się poprawiać i pułk mógł wrócić do latania w pełnej sile. Do zadań jednostki doszła ochrona lotniska nowych bombowców odrzutowych Ar 234, które stacjonowały w Achmer. Amerykanie nie mając już celów w postaci miast przemysłowych skupili się na systemie kolejowym oraz w szczególności na lotniskach – zwłaszcza na tych z których startowały samoloty odrzutowe. Postępujące natarcie ze strony Aliantów wymusiło kolejny transfer na lotniska położone dalej od frontu. Szybko powróciły też problemy z benzyną. Co ciekawe niektóre ze szkół pilotażu nadal funkcjonowały pomimo niskiego priorytetu dla nich jeśli chodzi o zaopatrzenie w paliwo. Do JG 26 przybywali zatem nadal w połowie wyszkoleni piloci, którzy stawali się łatwym łupem dla myśliwców przeciwnika.

W kwietniu Amerykanie postępowali już szybko w głąb Niemiec. II Gruppe otrzymała zadnie przeprowadzania misji bombowych, które wykonywała już do końca wojny. Pod samoloty podczepiano bomby 250 lub 500kg oraz zasobniki z bombami o masie 2kg. Sytuacja stawała się bardzo napięta i po tym jak z powodu złego stanu lotniska I Gruppe nie wykonała zadania ze sztabu przybył oficer sądu polowego. Ze sprawy jednak nic nie wynikło. Karuzela z przeprowadzkami na coraz to nowe lotniska trwała w najlepsze. 9 kwietnia rozwiązano IV Grupe, a pozostałe samoloty przekazano na stan I i II Gruppe. Loty odbywały się rzadko i nie w pełnej sile w związku z brakami paliwa. Zdarzały się jednak dni kiedy nadchodziły większe zapasy pozwalające na wylot całych Gruppe. Pod koniec kwietnia oba fronty tak się zbliżyły, że I/JG 26 wykonała loty przeciwko Rosjanom zbliżającym się w błyskawicznym tempie ze wschodu. Fw 190 D-9 osłaniały również Fw 190 F które wylatywały nad front z zadaniem atakowania czołgów nieprzyjaciela. 30 kwietnia zwolniono cześć z najdłużej służącej obsługi by mogła wrócić do domów. Sytuacje na niemieckich lotniskach dobrze oddaje barwny opis Closermanna: Nad wydawałoby się nieskończenie rozległą płyta lotniska w Langenhagen wirują tumany sadzy z płonącego Hanoveru. Zniszczone hangary wyciągają do nieba powyginane szkielety swoich konstrukcji. Leje po bombach zamieniły pas startowy w plaster miodu, z największego pasa dla odrzutowych myśliwców bomby powyrywały wielkie kawały betony. Lotnisko wygląda jak obraz apokaliptycznego zniszczenia i zagłady. Boczne pasy startowe, które wybudowano pod osłona lasów jodłowych, znajdują się teraz między płonącymi drzewami. Czasami słychać huk eksplozji – to nie jest następny aliancki nalot, to tylko eksploduje płonący zbiornik paliwa jakiegoś Junkersa 88 lub Focke Wulfa 190. ((P. Clostermann, Płonące niebo, Gdańska 2005, s. 150.)).

JG 26 wykonywał loty bojowe, aż do podpisania zawieszenia broni przez Keitla które wchodziło w życie 5 maja o godzinie 8. Gdy wydawało się, że dla JG 26 wojna dobiegła końca nowy dowódca Luftwaffe feldmarszałek von Greim wydał rozkaz przelotu na lotnisko w Pradze. Planowano również nakazać przelot do Norwegii by stamtąd dalej kontynuować walkę. Lot do Pragi nie doszedł do skutku, ale cześć samolotów wystartowała w kierunku Norwegii. Choć wydawało się iż wojna dobiegła końca jeszcze 7 maja jeden z nadgorliwych oficerów rozstrzelał pilota za uchylanie się od obowiązków. Najwyraźniej niektórzy oficerowie sztabowi pracujący za biurkiem przez całą wojnę dość specyficznie rozumieli sytuacje na froncie.

JG 26 był zdecydowanie jednym z najlepszych pułków Luftwaffe, które brały udział w II wojnie światowej. Okres w którym był jedynym przeciwnikiem RAF wraz z JG 2 to chwile największej świetności jednostki. Wyposażony w nowowprowadzane Focke Wulfy Fw 190 Schlagetter stanowił niezwykle groźnego przeciwnika o czym niejednokrotnie przekonali się piloci RAFu. Z dalszym rozwojem konfliktu następował stopniowy upadek Luftwaffe jako całości, a konsekwencje tego procesu dotknęły również JG 26. Do końca jednak w jednostce utrzymywało się stosunkowo wysokie na tle innych jednostek morale, które nie opuszczało żołnierzy nawet w obozach po zakończeniu wojny.

Bibliografia:

Bishop A., Destruction at dawn, Toronto 1998.

Blomertz G., Heaven next stop, Sutton Publishing 1998.

Caldwell D., JG 26. Top gunns of the Luftwaffe , Nowy Jork 1993.

Caldwell D., The JG 26 War Diary, volume one, Londyn 1996.

Caldwell D., The JG 26 War Diary, volume two, Londyn 1998.

Clostermann P., Płonące niebo, Gdańska 2005.

Clostermann P., Wielki cyrk, Gdańsk 2004.

Comer J., Combat crew, New Jork 1989.

Galland A., Pierwsi i ostatni, Gdańsk 2007.

Heilemann W., Allert in the West, Bristol 2003.

Janowicz K., JG 26 Schlageter, vol. I, Lublin 2002.

Priller J., Geschichte eines Jagdgeschwaders, Nackergemünd 1965.

 

Autor: dr Krzysztof Kuska

dr Krzysztof Kuska , analityk bezpieczeństwa, specjalista w dziedzinie lotnictwa wojskowego, historyk. Współpracował m.in. z magazynami: "Jane's Defence Weekly", "Defence and Security Alert", „Airforces Monthly”, „Combat Aircraft”, „Lotnictwo Aviation International” , „Lotnictwo", "Polska Zbrojna". Więcej na krzysztofkuska.com.