Jagdgeschwader 26 „Schlageter” – część 2

W poprzedniej części poznaliśmy dzieje Jagdgeschwader 26 do czasu wejścia na scenę Fw 190. Druga część cyklu opowiada dzieje jednostki do rozpoczęcia operacji Overlord.

Na scenę wkracza nowy gracz

Sierpień zaznaczył się mocno w historii walk nad Kanałem. Tego miesiąca nad niebem Francji pojawiły się pierwsze Focke Wulfy Fw 190. Jeden z sierpniowych dni wspomina Gerhard Schöpfel latający w tym czasie jeszcze na Bf 109: Po tym jak moja Gruppe się podzieliła, skierowałem się samotnie w stronę mojego lotniska w Ligescourt. Nagle zobaczyłem grupę 4 Spitfireów lecących na zachód. Zaatakowałem je z przewyższenia i po krótkiej serii tylna maszyna zadarła ostro nos i zanurkowała podczas gdy pozostałe samoloty leciały niczego nie świadome. Zanurkowałem za spadającym Spifrirem, gdyż nie widziałem oznak zniszczenia. Brytyjski pilot przykleił się do ziemi starając się uniknąć domów, krzaków i drzew. Przez cały czas znajdowałem się w jego strumieniu zaśmigłowym i nie mogłem precyzyjnie celować. W związku z ciepłym powietrzem tuż nad ziemią moje klapy chłodnic się otworzyły i straciłem prędkość. Zajęcie dobrej pozycji strzeleckiej zajęło mi dużo czasu. W końcu udało mi się zająć pozycję dogodną do strzału za Spitfirem, który wypełnił mój celownik. Nacisnąłem spust działka i karabinów i „klik”. Najwyraźniej wystrzelałem cały zapas amunicji podczas poprzednich potyczek powietrznych. Pod żadnym pozorem nie chciałem przerwać pogoni. Brytyjski pilot nie mógł znać mojej sytuacji i chciałem zasiać w nim strach tak długo jak był nad francuską ziemią. Zostałem więc za nim lecąc z duża prędkością. Nagle, nie wierząc własnym oczom, dostrzegłem cienką smugę białego dymu za Spitfirem. Dym gęstniał. W końcu śmigło uległo zatrzymaniu, a pilot lądował awaryjnie na wschód od Marquise. Krążyłem nad samolotem, zapamiętałem jego oznakowanie, widziałem jak pilot wysiada i pomachałem do niego. W chwili gdy niemieccy żołnierze zbliżali się do niego udało mu się odpalić wbudowany ładunek wybuchowy, który zniszczył centralną cześć samolotu. Późniejsza inspekcja wykazała, iż samolot otrzymał tylko jedno trafienie z pocisku karabinowego w jeden z cylindrów podczas mojego pierwszego ataku. Gdybym nie naciskał na pilota i zmusił go do lotu z maksymalną prędkością na małej wysokości najprawdopodobniej dotarłby do Anglii pomimo uszkodzenia. ((D.Caldwell, JG 26 War diary…, s. 162.))

We wrześniu statystyki nie przemawiały na korzyść Brytyjczyków. Starty były duże, a obrana taktyka wydawała się nie przynosić efektów. Z drugiej jednak strony brak bezpośredniego zagrożenia inwazją i nieudana ofensywa Luftwaffe pozwoliły na zwarcie szeregów i odbudowę parku maszynowego i zasobów ludzkich. W krótkiej perspektywie był to sukces lotnictwa niemieckiego – stosunkowo małymi środkami (około 250 myśliwców) utrzymano status quo na zachodzie, kupując sobie tym samym czas na rozwiązanie sytuacji na wschodzie. W dłuższej perspektywie Luftwaffe stała jednak na zachodzie na przegranej pozycji.

Przezbrojenie na Fw 190 przebiegało dalej, a samolot z każdym tygodniem użytkowania zyskiwał coraz większe uznanie wśród pilotów. Zbliżający się wielkimi krokami październik zapowiadał powrót do sytuacji sprzed roku. Pogarszająca się systematycznie wraz z nastaniem jesieni pogoda zaowocowała mniejszą aktywnością po obu stronach. Brytyjczycy organizowali coraz mniej Circusów, z którymi musieli mierzyć się Niemcy. O ile dotychczas obecność Fw 190 była dla Brytyjczyków niepotwierdzona, to w październiku na taśmie jednego z fotokarabinów uwieczniono ewidentnie nowy typ samolotu. Swoje pierwsze spotkanie z Fw 190 wspomina również Pierre Clostermann: „Jakieś czerwone błyski tańczą za szybą obok wiatrochronu – oto wreszcie mój pierwszy szkop! Poznaję go natychmiast – to Focke Wulf 190. Jakże często studiowałem jego sylwetkę pod różnymi kątami. Częstuje mnie serią pocisków smugowych, a potem dobiera się do Martella. Tak to on – krótkie skrzydła, gwiaździsty silnik, wydłużona, wykonana z jednego fragmentu kabina, prostokątne wcięcia stateczników. Ale na zdjęciach brakowało kolorów: jasnożółte podbrzusze, szary grzbiet, duże czarne krzyże z białym konturem; zdjęcia nie mogły oddać też drgań skrzydeł oraz wywoływanego przez prędkość efektu wydłużonej i węższej sylwetki. ((P. Clostermann, Wielki cyrk, Gdańsk 2004, s.72))

Zima – czas wyczekiwania

Listopad przyniósł dalsze pogorszenie pogody i działalność JG 26 zaczęła powoli ograniczać się do standardowych misji patrolowych. Duże zachmurzenie i krótszy dzień utrudniały Brytyjczykom efektywne tworzenie ogromnych formacji samolotów niezbędnych do przeprowadzenia skutecznego Circusu. W grudniu dowódca jednostki przestał być Adolf Galland, a na jego miejsce przyszedł Gerhard Schöpfel. Galland został natomiast oddelegowany na stanowisko dowódcy całych sił myśliwskich Luftwaffe. Do JG 26 zaczęły docierać pierwsze Fw 190 A-2, które zyskały sobie opinię bardzo dobrych samolotów. Najwybitniejsi piloci jednostki systematycznie podwyższali swoje konta zestrzeleń. Co za tym idzie statystyki dalej przemawiały na korzyść Luftwafe i pomimo znacznego przyrostu liczby samolotów, Fighter Command zdecydowało się na ograniczenie działań ofensywnych, gdyż dalsze tempo takich strat byłoby trudne do utrzymania w kontekście wszystkich frontów na których alianci musieli walczyć.

Nowy rok przyniósł uspokojenie na froncie nad Kanałem. Samoloty wykonywały głównie zadania patrolowe, intensywnie szkolono pilotów na sukcesywnie wprowadzanym do jednostki FW-190. Często dochodziło do startów alarmowych, ale rzadko kończyły się one kontaktem z wrogiem. Jednostka wysyłała również systematycznie pary samolotów na patrol w kierunku Anglii. Poważniejsze działania przyniósł dopiero luty. Luftwaffe miała stanowić parasol ochronny dla niemieckich okrętów „Scharnhorst”, „Gneisenau” i „Prinz Eugen”, które miały opuścić Brest i przedrzeć się do niemieckich portów.

Na ratunek Kriegsmarine

Lotnicza cześć operacji otrzymała kryptonim Donerkeil i dowodził nią osobiście Adolf Galland. Plan zakładał niepostrzeżone wymknięcie się okrętów z portu i rejs pełną parą w kierunku Wilhelmshaven. Świeżo upieczony generał miał do dyspozycji siły JG 1, JG 2 i JG 26 nie licząc niewielkich komponentów ze szkoły w Paryżu i nocnych myśliwców. Plan zakładał, że nad konwojem w permanentnej osłonie pozostawać będą cztery Schwärm czyli szesnaście samolotów. Dwa Schwärm zajmowała się górną osłoną i dwa dolną. Z każdej pary jedna miała znajdować się po angielskiej stronie, a druga po francuskiej stronie konwoju. Lot miał odbywać się na małej wysokości w kompletnej ciszy radiowej po torze wyznaczonym szeroką ósemka nad eskortowanym konwojem. Podczas zmiany formacji nad konwojem znajdowały się 32 samoloty. Plan zakładał taranowanie jako dopuszczony manewr mający na celu uratować okręty. Galland zostawił również niewielką rezerwę samolotów w gotowości bojowej na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. 11 lutego o 22.45 okręty wyszły z Brestu opóźnione o 3 godziny przez niespodziewany nalot na port w wykonaniu Bomer Command. Dzięki dużemu szczęściu, zagłuszaniu radarów i brakowi zdecydowania RAFu cała operacja powiodła się pomimo odniesionych uszkodzeń przez niemieckie okręty. Po zakończonej sukcesem akcji JG 26 wróciła do swoich normalnych zadań. Koniec lutego przyniósł poprawiającą się pogodę i nieco zwiększoną intensywność działań bojowych.

Różne podejście do walki w powietrzu

W marcu RAF powrócił do intensywnej taktyki i z zeszłego roku. Poziom pilotów jednak ustawicznie spadał w związku z mnogością teatrów wojennych na które należało wysyłać doświadczonych lotników. W przeciwieństwie do Brytyjczyków Luftwaffe na Kanałem znajdowała się u szczytu potęgi. Doświadczenie które uzyskano w poprzednim roku i stosunkowo niewielkie koszty jaki poniesiono przyniosły owoce. Dodatkowo masowe wejście do użycia Fw 190 które nie miały wówczas sobie równych dopełniało obraz niemieckiej siły nad Kanałem.
W długofalowej perspektywie jednak to strategia RAFu okazała się być słuszną. Ciągła rotacja i wykorzystanie umiejętności największych asów do szkolenia nowych pilotów pozwoliło zachować większa liczbę pilotów o średnim poziomie wyszkolenia. Niemcy mieli do dyspozycji wielu asów, których potem nie było kim zastąpić. Materiał ludzki pod koniec wojny był na tyle wyeksploatowany, że jego wartość bojowa znacznie się obniżyła. Świeży narybek natomiast można było jedynie traktować jak „mięso armatnie”.
Marzec przyniósł również powrót do taktyki Jabo i dowództwo nakazało utworzenie jednej Staffel odpowiedzialnej za tego typu działania w każdym z JG stacjonujących nad Kanałem. Powstały 10(Jabo)/JG2 i 10(Jabo)/JG 26. Tym razem jednostki Jabo latała zazwyczaj bez eskorty i na bardzo niskim pułapie licząc na element zaskoczenia. Co ciekawe kontynuacja ofensywy i zasada „samolot za samolot” którą lansował Churchill okazała się być fikcją. W samym marcu Niemcy odnotowali 7 pilotów zabitych, a Brytyjczycy 27.
W kwietniu sytuacja nie uległa poprawie. Niemcy dalej wybierali moment i miejsce, w którym przechwytywali konstruowane misternie przez Brytyjczyków akcje ofensywne. Dzięki umiejętnemu gospodarowaniu siłami oraz stale powiększającemu się doświadczeniu straty po stronie Luftflotte 3 wyniosły 24 pilotów , a po stronie RAFu 95.

W maju walki trwały dalej z podobnym natężeniem. W połowie miesiąca na 6 dni zaniechano działań z obu stron w związku z długotrwałym załamaniem pogody. Odbywały się tylko standardowe loty testowe i patrolowe. Straty RAF były nadal bardzo wysokie i według Donalda Caldwella osiągnęły w maju stosunek 3,6 do 1 na niekorzyść Brytyjczyków.

Lato Focke Wulfów

Lato, które nastało wraz z początkiem czerwca miało przynieść okres dominacji na niebie europejskim samolotów Focke Wulf Fw 190. W żadnym innym okresie Niemcy nie dysponowali taka przewagą sprzętową i nie górowali wyszkoleniem jak w tych letnich dniach, które miały przynieść śmieć wielu alianckim pilotom. Pojawiło się jednak światełko w tunelu w postaci nowego silnika Rolls-Royce Merlin 61 dzięki któremu Spitfire znów stał się godnym przeciwnikiem dla Luftwaffe. Pewnym problemem było też dla Niemców rozróżnianie z dużej odległości czy mają do czynienia z Spitfirem Mk V czy IX. W pierwszym przypadku przewaga pozwalała śmiało przystąpić do walki, w drugim natomiast siły były wyrównane i wskazana była ostrożność. Co więcej na arenie europejskiej pierwsze nieśmiałe kroki zaczęła stawiać amerykańskie siły bombowe pod szyldem VIIIth Bomber Command później przemianowaną na 8th Air Force. Zanim jednak kombinacja nowych sił na kontynencie i nowego sprzętu zaczął przynosić efekt minęło jeszcze sporo czasu.
Sierpniowy rajd pod Dieppe z 1942 roku był próbką tego co będzie czekało Niemców podczas operacji Overlord. Przewaga w powietrzu na korzyść Aliantów wynosił 3 do 1. Doświadczanie jednak leżało po stronie niemieckiej. Połączonym siłom udało się jednak utrzymać przewagę lotniczą nad przyczółkiem kosztem sporych strat, które były znacząco wyższe niż te po stronie niemieckiej. Pierwsze poważne przetarcie przed inwazją na kontynent zostało wykonane. Doświadczenie zebrane podczas tworzenia parasola nad plażami pod Dieppe pozwoliły na skuteczną osłonę właściwego lądowania na które jednak przyszło jeszcze sporo poczekać.

Początek końca
We wrześniu nad kontynent zaczęły regularniej nadlatywać bombowce Boeing B-17. Jak się później okazało był to początek końca panowania Luftwaffe nad niebem Europy. 6 września doszło do dużego jak na tamten czas ataku. Nad francuską fabrykę poleciało 51 czterosilnikowców. Osłona w postaci Spitfireów spóźniała się i została skutecznie powstrzymana przez Focke Wulfy. W międzyczasie formację bombowców atakowało około 45 Fw 190 i pomimo wielu trafień żaden z samolotów nie spadł podczas pierwszej fali ataków. Piloci niemieccy musieli jeszcze wiele się nauczyć by skutecznie przeciwstawiać się nowej broni aliantów. Dopiero hptm. Mayer dokonał pierwszego strącenia B-17. Samolot należał do 97 Bomber Group. Kolejna maszyna spadł do morza atakowana nieustannie przez 5 Fw 190. Nalot pokazał, iż pomimo przewagi w powietrzu bez odpowiedniej taktyki skuteczna walka będzie niezwykle trudna. Najważniejsza wydaje się być jednak inna kwestia. O ile wcześniej można było ignorować niewielkie formacje bombowców w Circusach, które nie miały szans na zadanie poważniejszych strat, o tyle grupa B-17 ze swoim udźwigiem potrafiła dokonać poważnych zniszczeń dowolnego celu. Niemcy nie mogli już atakować w wybranym przez siebie momencie. Teraz musieli przechwycić każdy nalot, a to oznaczało ni mniej ni więcej tylko przejęcie inicjatywy przez przeciwnika. Do eskorty bombowców poza Spitfireami dołączyły Lightningi P-38. Nad Europę zaczęły również latać pierwsze Consolidated B-24 Liberator.

Po jednej z fali nalotów doszło do ciekawego zdarzenia. Prezydent Roosevelt w komunikacie radiowym obwieścił sukces jaki odnieśli strzelcy z formacji ciężkich bombowców. Podał iż 56 samolotów zestrzelono, 26 prawdopodobnie zniszczono, a 20 uszkodzono. Oczywiście wywiad amerykański wiedział doskonale dzięki dostępowi do enigmy, że podane liczby nijak mają się do rzeczywistości i przekraczają nawet ilość samolotów zaangażowanych przez Niemców w tej akcji. Co więcej straty JG 26 to tylko jeden pilot, a sama audycja radiowa wywołała sporo radości wśród pilotów JG 26.

Alianci lądują w Afryce
Po tym ataku najbardziej doświadczone amerykańskie jednostki z teatru europejskiego zostały wycofane i przeznaczone do wzięcia udziału w operacji w Afryce Północnej. Wdrażanie nowych oddziałów szło powoli i ponowny atak w takiej sile jak w październiku 1942 roku mógł zostać powtórzy dopiero w kwietniu roku 43. Pierwsze szlify dla nowych załóg niekiedy były dość zaskakujące: Nagle Carqueville krzyknął przez interkom: Zbliża się myśliwiec na poziomie godziny 12 – Dajcie mu! Dajcie mu! Dajcie mu! Śledziłem 4 podejrzane myśliwce na 9 i w ostatniej chwili zdążyłem obrócić wieżyczkę by skierować celownik na myśliwiec który nas atakował. Był skierowany dokładnie w kierunku naszego nosa i wypluwał śmiercionośne pociski z 20mm działek i pociski z karabinów kaliber 30. Było to tak fascynujące, że zamarłem. Nie wystrzeliłem ani jednego pocisku. Bombardier i nawigator również nie strzelali. Były to jedyne stanowiska, które mogły ostrzelać myśliwiec atakujący z tej strony. Błyski świetlne z przodu myśliwca świadczyły o tym ile pocisków leci w nasza stronę. Słyszałem kilka trafiających w nasz samolot. Był to spektakl który zapadł głęboko w mojej pamięci. ((J. Comer, Combat crew, New York 1989, s. 27.)) Lawina prostych, żołnierskich słów która spadła na całą trójkę z ust kapitana uświadomiła im jak wielkie było zagrożenie i co należy do obowiązków strzelców pokładowych B-17. Wspominając tą sytuacje wielokrotnie po zakończeniu wojnie strzelec John Commer nie umiał sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego wtedy nie strzelał.

8 listopada 1942 roku Alianci wylądowali w Afryce. By załatać powstałą dziurę w systemie obronnym Rzeszy konieczne stało się wycofanie części jednostek myśliwskich z zachodu. Jagdwaffe wysłała do Afryki dwie wysokościowe Staffel oraz II/JG 2. Autonomiczność poszczególnych pododdziałów myśliwskich pozwalała na ich szybkie przemieszczanie na nowe fronty bez naruszania ich zdolności bojowej. Częstym przypadkiem było wydzielanie Staffel czy też całych Gruppe, które funkcjonowały w nowym miejscu samodzielnie lub były podporządkowane innemu pułkowi.

Tymczasem opracowywano coraz to lepsze metody walki z ciężkimi bombowcami co zaowocowało m.in. notatką, którą wystosował Galland, a która dotarła do wszystkich zainteresowanych oddziałów myśliwskich. Znajdowały się w niej zebrane sposoby na skuteczna walkę z czterosilnikowcami. Koniec listopada przyniósł jeszcze jedną nowość. Na podstawie ustnego rozkazu Hitlera piloci myśliwscy mieli teraz dokonywać czysto terrorystycznych ataków na ludność cywilną. Obliczone było to na obniżenie morale, ale już pierwsza akcja skończyła się źle dla Luftwaffe. Fw 190 atakujący cywilny pociąg rozbił się po tym jak odłamki eksplodującej lokomotywy trafiły samolot. Rozkazy do tego typu działań odwetowych pochodziły często prosto z Berlina jako riposta za udany nalot wykonany przez Bomber Command.

W grudniu stacjonująca w Afryce 11 (Höhen)/JG 26 została rozwiązana po tym jak formacja B-17 zaatakowała lotnisko na którym stacjonowała ta Staffel. Piloci znajdowali się wtedy jeszcze na ziemi i sześciu z nich zginęło. Pozostali piloci zasilili II/JG 51. Staffel została odbudowana na kontynencie i wróciła do latania operacyjnego. Fw 190 stał się bardzo pożądanym samolotem w tym czasie, a fabryki nie nadążały z produkcją. Jednostce dostarczono zatem Bf 109 G-4. Logika sztabowców wydawała się być słuszna. Bf 109 dla Staffel wysokościowych miał spełnić swoją rolę doskonale. Na wysokich pułapach miał lepsze parametry niż Fw 190. Samolotów było jednak zbyt mało by móc w ten sposób wykorzystywać przewagę jednego typu nad drugim. W konsekwencji Bf 109 musiały atakować Latające Fortece, a posiadając standardowe uzbrojenie w postaci 1 działka MG 151/20 oraz dwóch MG 17 nie miały szans na skuteczny atak. Z kolei dodanie gondol podskrzydłowych niwelowało wszelką przewagę w właściwościach lotnych. Sytuacja stawała się powoli beznadziejna dla Luftwaffe. Dodatkowo objawiła się kolejna wada niemieckich myśliwców. Był nią mały zasięg. O ile po bitwie o Anglię sprawa ta straciła na znaczeniu o tyle podczas walki z bombowcami, która się przedłużała znów zapas paliwa zaczął odgrywać krytyczną rolę. Ratunkiem były odrzucane zbiorniki, ale nie było to rozwiązanie idealne.

Josef Priller na czele JG 26
Zima i pierwsze miesiące 1943 jak zwykle były dość spokojne nad Kanałem. W Afryce trwały uporczywe walki w które obie strony musiały zaangażować znaczne siły. Nowym dowódcą JG 26 został Pips Priller, a pierwszym ważnym zadaniem które przed nim stanęło był transfer jednostki do Rosji gdzie miała się wymienić z JG 54. Zanim do tego doszło w styczniu dalej trwały walki z bombowcami oraz przeprowadzanymi przez Brytyjczyków atakami typu Rhubarb i Rodeo. 20 stycznia Niemcy dokonali nalotu odwetowego na Anglię. Siła tego nalotu doskonale oddawała stan Luftwaffe. Trzonem bombowym były bowiem jednostki Jabo z JG 2 i JG 26 wspomagane przez kilka samolotów z JG 2 i szkoły pilotów myśliwskich spod Paryża. Jako eskortę wyznaczono pozostałem maszyny z JG 2 i JG 26. To co stało się potem nie przynosi chluby pilotom myśliwskim latającym w obu pułkach. Nalot przebiegał w 3 falach. W wyniku nalotu pierwszej fali na Londyn zginęło wiele dzieci, atak na Greenwich na zapełnione w południe ulice doprowadził do śmierci wielu cywilów. Samoloty wróciły z misji niemal bez uszkodzeń. Zaskoczenie było kompletne. Tylko nieliczne maszyn RAF zdążyły poderwać się by stawić czoło nalotowi. Druga fala spotkała już całe 11 skrzydło myśliwskie w powietrzu w gotowe na przyjęcie napastników. Nalot zakończył się fiaskiem i bomby w lwiej części spadły na Brighton po czym Niemcy szybko zawrócili w stronę Francji. Trzecia fala nie odniosła większych sukcesów, uniknęła również poważniejszych strat.

Pod koniec stycznia I Gruppe szykowała się już do wylotu na front pod Leningradem. Luty przyniósł pojawienie się na froncie III/JG 54 oraz liczne patrole wybrzeża i samego Kanału. III Gruppe z Jagdgeschwader 54 pozostała już do końca wojny na zachodzie współpracując z JG 26. W związku ze zmianą frontu Jabo Staffel z JG 26 została przemianowana na 10 (Jabo)/ JG 54 i pozostała we Francji. Pierwsze dni marca przyniosły złą pogodę i stąd mniejsza aktywność lotnicza. Dysponując nadal nikłymi siłami bombowymi Amerykanie dzielili swoje bombowce na mniejsze grupy i nękali miasta na wybrzeżu francuskim. 11 marca Niemcy podjęli kolejną akcję Jabo tym razem skierowaną na Hastings. Samolotom udało się zrzucić bomby i szybko zawrócić w stronę Francji. Następnego dnia doszło do podobnej misji i tym razem niektóre maszyny zapuściły się aż pod Londyn. Nie doszło do większego kontaktu z RAF. Istotną kwestią stało się włączenie JG 54 w istniejące na zachodzie struktury. Sposób funkcjonowania nad Kanałem różnił się znacząco od tego co było codziennością na wschodzie. Przygotowanie III/JG 54 do służby nad Kanałem szło bardzo opornie i ostatecznie Priller nie wyraził zgody na ogłoszenie gotowości bojowej jednostki. Podchodząc do sprawy poważnie kilkakrotnie Priller niepostrzeżenie zaatakował ćwiczącą loty w ciasnej formacji III/JG 54 i ani razu nie został zauważony przez któregokolwiek z pilotów. W związku z tym jednostka została przeniesiona na lotnisko koło Oldenburga i miała wspierać JG 1 w obronie nieba Rzeszy. W konsekwencji Galland zdecydował się początkowo zatrzymać kompletną wymianę pułków miedzy wschodem i zachodem, a ostatecznie cała akcja została odwołana. Jak już wspomniano III/JG 54 pozostał jednak na zachodzie.

W kwietniu walka trwała dalej z tą sama intensywnością. Ulubionym celem aliantów były fabryki lotnicze na terenie Francji. Ataki mniejszych formacji skupiały się na lotniskach niemieckich jednostek myśliwskich. Na dobre zaczęła się gra pomiędzy stanowiskami radarowymi i analitykami by odkryć kierunek planowanego nalotu. Akcje dywersyjne odnosiły sukcesy i zmylone jednostki myśliwskie musiały lądować by zatankować samoloty. Dawało to sporo dodatkowego czasu dla bombowców i powiększało szanse na skuteczny atak. Były też sukcesy po stronie niemieckiej. Zaczęło wówczas funkcjonować łączenie większych grup myśliwców w celu efektywnego przechwycenia i atakowania formacji bombowców. Galland skutecznie, ale nieco za plecami Hitlera by go nie drażnić defensywna polityką, planował rozbudowę jednostek myśliwskich. Staffel miano powiększyć z 12 do 16 samolotów, Gruppen do 4 Stafeln a ostatnim krokiem było powiększenie liczby Gruppen w Jagdgeschwader do 4.

Kontroler lotów po stronie niemieckiej świadomie ignorował ataki mające na celu wyciągniecie myśliwców w powietrze. Start alarmowy następował jedynie gdy wykryto zbliżające się bombowce oraz gdy możliwe było przechwycenie małej grupy myśliwców. Jedna z takich grup składająca się ze 112 Thunderboltów została zaatakowana z góry przez Prillera. Atak był pełnym sukcesem. Zaskoczeni Amerykanie nie zdążyli zareagować (radio dowódcy nie działało) i stracili 5 samolotów. Owoce tego sukcesu były jednak dla Niemców nieco cierpkie i gorzkie. Od tego momentu Amerykanie zaczęli nadlatywać nad kontynent na pułapie rzędu 9000 metrów czyli znacznie powyżej optymalnej wysokości dla Fw 190.

W maju niespodziewanie wysokie straty jednostka poniosła w wyniku ostrzału strzelców pokładowych Latających Fortec. Sporo nalotów skierowano również bardziej na wschód w kierunku Wilhelmshaven., Emden i Bremy. Widmo bombowców permanentnie latających nad Rzeszę stało się niezwykle realne. Środków na skuteczne przeciwdziałanie jednak nie było.
Ekspedycja części JG 26 na wschód okazała się być nad wyraz owocna. Fw 190 lepiej przystosowane do walki z Il-2 odnosiły spore sukcesy. Podobnie jednak jak na zachodzie również tu coraz bardziej widoczne stawała się powolna degradacja możliwości Jagdwaffe. 6 czerwca samoloty rozpoczęły powrót do Francji. W sumie I/JG 26 zgłosiła 126 zestrzeleń i straciła 9 pilotów i 3 członków obsługi naziemnej. Dodatkowo 7 Staffel straciła 3 pilotów oraz 1 wziętego do niewoli. Zgodnie z danymi przytaczanymi przez Josefa Prillera i Donalda Caldwella Staffel zgłosiła 63 zestrzelenia. III/JG 54 pozostała na zachodzie.

W czerwcu jednostka była już połączona i uczestniczyła w walkach nad zachodnią Europą. Początek miesiąca przyniósł niepewną pogodę i utrudnił misje amerykańskich bombowców co oczywiście nie uniemożliwiało prowadzenia Ramrodów, Rodeo i innych niewielkich operacji prowadzonych przez myśliwce. Amerykanie wprowadzali do walki coraz większe liczebnie formacje. Niemcy odpowiedzieli na to wprowadzając Bf 109 G-4/R6 z gondolami pod skrzydłowymi zawierającymi działko MG 151/20. Kolejnym novum, które wprowadzono była nowa uprząż spadochronów, która nie pękała tak łatwo jak poprzednia. W wyniku awarii spadochronów zginęła spora liczba pilotów.

Kolejne załamanie pogody w drugiej połowie czerwca pozwoliło I/JG 26 na poćwiczenie przechwytywania bombowców i podejścia do nich dzięki wyremontowanej Latającej Fortecy. W czerwcu szeregi bombowców startujących z Wielkiej Brytanii zaczęły opuszczać B-24. Ich zbyt mała liczba uniemożliwiała tworzenie odpowiednich formacji, a mieszanie z B-17 nie wchodziło w grę z racji innych parametrów niż Fortece. Samoloty przeniesiono do Afryki, gdzie odznaczyły się między innymi słynnym rajdem na Ploeszti.

Lawina ruszyła

Przez cały lipiec można obserwować powiększające się straty wśród pilotów JG 26. Również liczba wysłanych bombowców stale się zwiększała wraz z rozrostem sił amerykańskich na kontynencie. Kulminacja tego był pierwszy Blitz Week. Operacja zakładała wykonanie siedmiu nalotów przez kolejne siedem dni celem osłabienia sił obrońców. W nocy po raz pierwszy Brytyjczycy użyli Window by zagłuszyć niemieckie radary. System okazał się skuteczny. Amerykanie współpracując z Brytyjczykami dokonywali nalotów na cele wcześniej atakowane w nocy. Hamburg poniósł poważne straty już w nocy z 24 na 25 lipca, a dodatkowo następnego dnia nad miasto nadleciało około 100 bombowców B-17. Duże zadymienie i zachmurzenie uniemożliwiło skuteczne bombardowanie amerykanom. Po 7 dniowym cyklu ataków formacje B-17 miały przerwę, aby podtrzymać nacisk na Niemców wysyłano dwusilnikowe bombowce B-26.

Przejściowe sukcesy
Początkowe dni sierpnia przyniosły pewne uspokojenie co pozwoliło złapać oddech Niemcom. Sytuacja Luftwaffe była coraz gorsza. W połowie sierpnia Amerykanie wrócili do intensywnych nalotów. Coraz głębsze zapuszczanie się na terytorium Niemiec zaowocowało zmianą taktyki. Niemcy nie atakowali formacji, aż do momentu w którym formacje myśliwców osłony musiały zawrócić. Znajdujące się w dużej grupie w powietrzu samoloty Jagdwaffe dopiero wtedy przypuszczały atak na bombowce. 17 sierpnia doszło do zmasowanego nalotu na fabryki łożysk tocznych w Schweinfurcie (1st Bomb Wing) oraz zakłady Messerschmitta w Regensburgu (4th Bomb Wing). Jako, że Regensburg był dalej bombowce lecące nad ten cel miały przeskoczyć Alpy i lądować w Afryce. W wyniku złej pogody misterny plan ułożony przez sztabowców amerykańskich rozsypał się. Zawiodła też komunikacja pomiędzy siłami myśliwskimi i bombowymi. Na dokładkę bombowce lecące na Regensburg musiały lecieć najkrótszą trasą, a co za tym idzie pokrywała się ona z tą dla samolotów lecących na Schweinfurt. Niemcy mieli już dobrze opracowany system oraz przygotowane lotniska zapasowe dla myśliwców, na których możliwe było dotankowanie i uzupełnienie amunicji a w konsekwencji ponowne włączenie się do akcji. Bombowce były atakowane z rożną skutecznością i zaciętością. Niektóre z Gruppen nie odnosiły znaczących sukcesów pomimo kilkakrotnego powtarzania ataków. Konsekwencją tych akcji było jednak stopniowe uszkadzanie coraz większej liczby maszyn co ułatwiało zadanie następnym Gruppe włączającym się do akcji. W konsekwencji zestrzelono 24 bombowce i uszkodzono kolejne 50. Kontrolerzy niemieccy zdawali sobie sprawę po ilości szumu radiowego, iż nie były to wszystkie siły bombowe oddelegowane do dzisiejszego nalotu. Nalot na Schweinfurt mający wystartować zaledwie 15 minut później niż ten na Regensburg wystartował znacznie później. Winna była mgła. 4th Bomb Wing musiało wystartować, by zdążyć wylądować za dnia na nieznanych lądowiskach w Afryce. Dodatkowo Brytyjczycy wysłali znaczne siły dwusilnikowych bombowców B-26 w rejon Pas de Calais jako atak mający na celu odwrócenie uwagi Niemców. Na lecące nad Schweinfurt bombowce czekało 13 Gruppen jednosilnikowych myśliwców, które pierwotnie oczekiwały na powrót sił atakujących Regensburg. Dla samego tylko JG 26 cała akcja zakończyła się zgłoszeniem 18 B-17, 1 Typhoona, 1 Spifirea i 1 Thunderbolta. Straty własne wyniosły 5 pilotów zabitych i 6 rannych. Dzień ten dobitnie wykazał, iż bombowiec bez osłony myśliwskiej nie ma większych szans w starciu z dobrze zorganizowanym przeciwnikiem. Dalsze utrzymywanie takiego tempa strat jak tego dnia nie było możliwe nawet dla Amerykanów. Na szczęście sytuacja miała wkrótce poprawić się dla Aliantów.

Tymczasem jeszcze w sierpniu przeprowadzono zmasowany atak na instalacje nadbrzeżne, które wywiad aliancki typował jako związane z projektem broni rakietowej. Zadanie dla broniących się Niemców było tym razem utrudnione z racji bliskości celu co zaowocowało lepszą osłoną myśliwską dla bombowców. Straty były znikome – trzy B-17 utracono w wyniku ognia artylerii przeciwlotniczej, a tylko jedna maszyna spadła w wyniku ataku myśliwców.

P-47 = kłopoty
Wrzesień przyniósł pewne uspokojenie w głębokich rajdach. Amerykanie jeszcze nie podnieśli się po bolesnej dla nich lekcji znad Schweinfurtu i Regensburga. Większość misji kierowała się nad Francję i kraje Beneluksu. Specyficzna pogoda w tym okresie pozwalała niemieckim kontrolerom na typowanie celów tylko po godzinie startu. Widząc oznaki zbliżającego się kryzysu Galland chciał zmiany strategii i skoncentrowania ataków JG 2 i JG 26 na osłonie by ta chcąc podjąć równorzędną walkę musiała pozbywać się dodatkowych zbiorników. Dzięki temu jednostki stacjonujące w głębi Rzeszy miałyby więcej czasu na atakowanie formacji bombowców. Hitler nie dopuszczał możliwość zastosowania tego typu koncepcji i nie doszła ona do skutku. 6 września w wyniku błędnej decyzji dowództwa Amerykanie wysłali nalot na Stuttgart podczas ewidentnie nie sprzyjającej pogody. Konsekwencją tego była strata 45 z 338 bombowców wysłanych. Standardowo już po nieudanym ataku następował okres lotów na krótszych dystansach dalej wspomaganych przez operacje B-26. Koniec września przyniósł dwie znaczące innowacje dla nalotów amerykańskich sił powietrznych. Cześć bombowców otrzymała brytyjskie radary H2S, a co ważniejsze P-47 wyposażono w ciśnieniowe zbiorniki o pojemności 108 galonów. Sytuacja odmieniła się diametralnie i myśliwce były w stanie towarzyszyć formacjom w głąb terytorium Rzeszy. Niemożliwe było jeszcze towarzyszenie na całej trasie, ale znaczna liczba niemieckich miast znalazła się w zasięgu osłony.

Pierwsze dni października przyniosły okres złej pogody i większa aktywność ciężkich bombowców była zahamowana. Dopiero 10 października duża aktywność radiowa dała Niemcom do zrozumienia, że tego dnia szykuje się większa akcja ze strony aliantów. Niemcom udało się skoncentrować dużą liczbę myśliwców w jedno ugrupowanie bojowe tzw. Gefechtsverband. Celem nalotu był Münster. Nalot postanowiono wykonać w linii prostej by eskorta mogła towarzyszyć na całej długości trasy. Pogoda jednak uniemożliwiła precyzyjnie przeprowadzenie planu i w lukę wpasował się niemiecki atak. Niemcy zebrali obfite żniwo, ale w końcu nadleciały myśliwce z 56th Fihter Group i śmiałym atakiem zakończyły skuteczną akcję. Znów starty po stronie atakujących były znaczne. Piloci JG 26 zgłosili 19 zestrzelonych i 19 wyłączonych z formacji bombowców. Sukces ten jednak miał być tylko przygrywką do „Czarnego czwartku”, który miał nadejść 14 października. Powrót nad Schweinfurt okazał się być błędem. 108 galonowe zbiorniki dla P-47 były produkowane w niedostatecznej ilości i samoloty musiały zabrać mniejsze, o pojemności 75 galonów. Stąd eskorta była na mniejszym odcinku trasy. Zła pogoda już na początku utrudniała zadanie, gdyż powstały trudności z uformowaniem formacji. Z tego powodu część P-47 i bombowce B-24, które nie dały rady uformować szyku poleciały nad Morze Północne jako akcja odwracająca uwagę. Co gorsza w ciągu dnia chmury utrudniające starty rano zgęstniały i wykluczony stał się start eskorty powrotnej. Owe chmury pomogły jednak również B-17 gdyż front przesuwał się nad Europę i dał formacji częściowe schronienie. Podczas akcji tego dnia samoloty JG 26 nie odniosły równie spektakularnych sukcesów jak podczas rajdu na Münster. Pomimo to 60 fortec nie powróciło do baz, a 7 dalszych trzeba było złomować. Konsekwencją tego sukcesu było zaprzestanie głębokich rajdów co dało chwilę wytchnienia w dzień obrońcom Rzeszy. Niedługo jednak Alianci mieli powrócić ze zdwojoną siłą uzbrojeni w jedne z najlepszych myśliwców II wojny światowej.

Tymczasem 3 listopada Amerykanie wysłali największą jak do tej pory armadę bombowców na Wilhelmshaven. W nalocie brało udział 566 bombowców B-17 i B-24. Brytyjczycy by ulżyć powracającym bombowcom zaatakowali też lotniska myśliwców we Francji. Do rozpoczęcia inwazji głównym zajęciem rozrastających się sił taktycznych było właśnie atakowanie lotnisk oraz instalacji V-1. Amerykanie dalej próbowali uruchamiać też swoje siły bombowe, ale tradycyjnie już dla tego okresu pogoda nad kontynentem skutecznie utrudniała realizację założeń sztabowców.

Jednym z ciekawszych zadań JG 26 było przechwytywanie Mosquito dokonujących zwiadu nad Niemcami. Samoloty te stanowiły nie lada problem dla sztabowców oraz inżynierów na których dowództwo wywierało presję o stworzenie podobnej maszyny i skutecznych środków przeciw niej. Dla Addiego Glunza z JG 26 umiejętnie naprowadzonego przez stanowisko radarowe misja skończyła się sukcesem. Dla P/O Franka Claytona pilotującego swojego Mosquito w 53 misji tego typu była to z kolei ostatnia akcja.

Stary znajomy odchodzi
Ważnym wydarzeniem listopada było również formalne rozwiązanie Fighter Command z którym JG 26 walczył od początku nad Kanałem. Połowa samolotów myśliwskich przeszła do sformowanej właśnie 2nd Tactical Air Force co było wyraźnym sygnałem, iż coraz mniej czasu pozostało do inwazji. W listopadzie piloci JG 26 spotkali też pierwsze P-38 nad kontynentem.
W grudniu aktywnie w nalotach uczestniczyły jednostki lotnictwa taktycznego stacjonujące na terenie Wielkiej Brytanii. Sztabowcy postanowili skupić się na niszczeniu stanowisk rakiet V-1 i w konsekwencji zorganizowano zmasowaną akcje pod kryptonimem Crossbow. W grudniu pojawiły się również pierwsze samoloty P-51 Mustang, które miały ostatecznie przeważyć szalę zwycięstwa na stronę Aliantów. Pomimo złej pogody JG 26 startował na przechwycenie jednostek nieprzyjaciela, ale często nie dochodziło nawet do kontaktu z wrogiem. Koniec roku wyraźnie pokazał, iż wojna na wyczerpanie zaczęła skutkować. Na stanie JG 26 w grudniu 1943 roku było jedynie 68 sprawnych samolotów gotowych do latania operacyjnego. Etatowo według nowych norm z 4 Gruppe i 4 Staffel w każdej z nich, powinno być w sumie ponad 200 maszyn. Liczba pilotów wyglądała lepiej i wynosiła 185, ale tylko 107 było zgłoszonych jako gotowi do latania operacyjnego. Reszta z różnych przyczyn nie był dostępna. ((D.Caldwell, JG 26 War Diary, vol. II, Londyn 1998, s.194.))

Overlord na horyzoncie
Od stycznia 2nd Tactical Air Force rozpoczęła działania mające na celu przygotowanie terenu pod inwazję. Dowództwo nad 8 Armią Powietrzną przejął Lt. Gen. James Doolitle. Jego przyjście zaowocowała w późniejszym czasie ważną zmianą w sposobie osłony formacji bombowców. Zniwelowano przywiązanie jednostek myśliwskich do skrzydeł bombowych zastępując je patrolowaniem stref na trasie bombowców. Dokładnie tego domagali się piloci niemieccy podczas ataków bombowych na Wielka Brytanię. Uwolnienie od przywiązania do bombowców dawało Amerykanom możliwość łatwiejszego przechwytywania przeciwników. Przed formacją podążały również jednostki myśliwskie poszukujące aktywnie przeciwnika. Po dokonaniu zmiany wracająca formacja myśliwska schodziła niżej i miała wolną rękę w poszukiwaniu celów i przeciwników. Podczas styczniowej zmiennej pogody strategiczne siły bombowe dalej atakowały niemieckie miasta, a siły taktyczne skupiały się na stanowiskach jednostek V-1. Działalność JG 26 była w tym okresie coraz bardziej utrudniona. Amerykanie modyfikowali trasy dolotu i ustalenie celu było momentami trudne co owocowało późnym przechwyceniem sił bombowych. Sprawa była łatwiejsza podczas drogi powrotnej kiedy to szlak bombowców nierzadko przebiegał nad rejonem odpowiedzialności JG 26 i JG 2. W przypadku załamania pogody nad kontynentem, a zebraniu już bombowców szukano celów zastępczych jak np. stacje V-1. W tym okresie Amerykanie osiągnęli już stosunek wyższy niż 1 do 1 jeśli idzie o liczbę bombowców do liczby myśliwców. Dla Niemców taka sytuacja stawała się powoli dramatyczna. Oczywiście w sile Gruppe atakowano wybrany fragment formacji czterosilinikowców i do starcia dochodziło tylko z częścią osłony, ale w przypadku konieczności skupiania się na bombowcach Niemcom trudno było się przebić. Pod koniec stycznia liczba bombowców w jednej misji i przekraczała już 700 przy około 600 myśliwcach osłony. Były to potężne siły. Pod koniec stycznia 1944 roku do JG 26 zaczęły napływać Fw 190 A-7 z silniejszym uzbrojeniem w postaci kadłubowych karabinów MG 131 zamiast MG 17. Dodatkowo cześć z nowych samolotów posiadała zamiast zewnętrznych działek MG 151/20 działka MK 108 30mm. Było to zdecydowanie skuteczniejsze uzbrojenie w kontekście walki z dużymi samolotami bombowymi. Już bowiem 2-3 celne pociski z działka MK 108 potrafiły zniszczyć czterosilnikowiec. Ostrzał musiał być jednak prowadzony bardzo rozsądnie i z małej odległości z racji niewielkiej liczby pocisków w kasetach amunicyjnych.

Luty nie przyniósł zmiany w sytuacji. Cały czas trwała walka pomiędzy planistami amerykańskimi, a niemieckimi kontrolerami starającymi się odkryć zamiary formacji bombowców. Było to kluczowe dla przechwyceni formacji w odpowiednim momencie. Po podsumowaniu stanu jednostki na 13 lutego gotowych do lotu było 85 samolotów. Stan etatowy JG 26 wynosił z kolei 208. OKL spodziewając się inwazji na wiosnę podjęła decyzję, iż pierwszymi jednostkami które mają przyjąć uderzenie aliantów miały być JG 26 i JG 2. W związku z tym oba pułki miały przejść dodatkowy trening i uzupełnienie stanów etatowych. Zbliżające się okno pogodowe pozwoliło amerykanom na start operacji „Argument”, której celem były niemieckie fabryki samolotów. Już 20 lutego w powietrze wzniosły się 1003 ciężkie bombowce. Cześć samolotów skierowała się również nad Polskę. Duża liczba celów spowodowała paraliż dowództwa Luftwaffe, które nie mogło zdecydować się na której formacji się skupić. Ostatecznie udało się strącić jedynie 21 bombowców za cenę 53 własnych myśliwców. Przy tak dużej liczbie startujących samolotów był to niewątpliwie duży sukces 8 Armii i jednostek osłonowych. Zdarzały się jednak dnie podczas których startował cały pułk i spora cześć jego samolotów mogła atakować nieosłaniane przez myśliwce B-17 i B-24. 24 lutego II i III Gruppe kilkakrotnie powtórzyły ataki czołowe na formację bombowców. Strącono w sumie pięć maszyn – trzy z 92nd Bomb Group i dwie z 306th Bomb Group.
Myśliwce osłony dotarły na miejsce po niedługim czasie i zobaczyły zielone flary na czele formacji. Skuteczny atak przerwał poczynania III/JG 26. Niemieccy piloci w Bf 109 próbowali uciec Thunderboltom poprzez gwałtowne nurkowanie, ale w tym manewrze nie mieli najmniejszych szans. Ciężkie P-47 z łatwością dogoniły Niemców uzyskując cztery zestrzelania. Na lotnisku w Rheine samoloty po pierwszym starciu miały być dotankowane i ponownie wystartować. Zebrało się tam dwanaście maszyn i Hptm. Borris objął dowództwo nad tą grupą jako najstarszy stopniem. Podczas startu zostali zaatakowani przez Thunderbolty i z dwunastu pozostało już tylko dziesięć maszyn. Po utworzeniu formacji udali się w kierunku wypatrzonych B-24. Jak się później okazało podczas tego ataku uzyskano 2000 zwycięstwo JG 26 co zostało odnotowane w wieczornym komunikacji OKW. Straty w lutym były nadal duże i tak miało już pozostać do końca wojny. JG 26 stracił 15 pilotów oraz dodatkowo 3 w wyniku wypadków. Ważniejsza była jednak utrata 3 dowódców Staffel, których zastąpienie stawało się coraz trudniejsze.
2 marca pogoda uniemożliwiła starty większości niemieckich jednostek myśliwskich. Dobra pogoda nad Francja pozwoliła JG 26 i JG 2 przechwycić nadlatująca formację oraz zaatakować ją podczas powrotu. Podczas tego dnia JG 26 utraciła 7 pilotów i zgłosiła jedynie 5 zestrzeleń. Amerykanie w marcu starali się wybierać cele, które zaangażują jak najwięcej myśliwców kontynuując wojnę na wyczerpanie. Łakomym kąskiem stał się Berlin, ale początkowe próby nie powiodły się z powodu złej pogody. 6 marca atak zakończył się sukcesem za cenę strat na poziomie 10 procent wysłanych sił. Niemcy stracili 12,5 procent swoich myśliwców. O ile Amerykanie bez większego problemu mogli kontynuować naloty z takimi stratami to dla Niemców było to zbyt dużo. Amerykanie powrócili nad Berlin jeszcze dwa razy co dało w sumie 3 naloty przez 4 dni. 9 marca podczas trzeciego nalotu stan JG 26 był już opłakany. Zdolność bojową osiągnęło jedynie 49 maszyn czyli nieco więcej niż etatowa Gruppe z początku wojny. Stan psychiczny pilotów przedstawiał się równie źle jak liczba samolotów. W marcu dalej przygotowywano pilotów JG 26 do zbliżającej się inwazji i szkolono ich w zrzucaniu bomb. Niemcy nie mieli wyjścia i musieli w jakiś sposób się przygotowywać, ale znając możliwości Aliantów nad Europą można było się spodziewać, że nad przyczółkiem rozłożą taki parasol, że wszelkie próby będą skutecznie udaremniane. 31 marca aliancka kombinowana ofensywa dobiegła końca. Do inwazji ciężkie bombowce przeszły pod władanie Eisenhowera.

Coraz bliżej…
W związku z tym w kwietniu rozpoczęło się zmiękczanie przyszłego rejonu lądowania. Nie zaniechano jednak nalotów na Niemcy. Stopień strat wśród Jagdwaffe utrzymywał się na wysokim poziomie. Podczas dalszych nalotów JG 26 nie zawsze brała udział w przechwytywaniu bombowców. W kwietniu II Gruppe wylądowała nad francuską Riwierą oficjalnie w celu treningu w użyciu rakiet Wgr 21, a de facto by odpocząć choć na chwilę przed inwazją. Pod koniec kwietnia III Gruppe wspierała osłonę Rzeszy startując z lotnisk w południowych Niemczech. Ciągła presja na pilotów pogarszała i tak niskie morale. Dowództwo nie szukało rozwiązań i winnych wśród siebie tylko za słabe wyniki obwiniało pilotów. Kwiecień zamknął się stratą 409 bombowców. Po stronie niemieckiej straty wnosiły 489 pilotów. W tym czasie niemieckie szkoły myśliwskie wypuściły jedynie 396 pilotów. JG 26 w wyniku mniejszej aktywności utraciła 16 lotników podczas walk oraz 6 w wypadkach które w tym miesiącu były dość kuriozalne jak choćby utopienie dwóch pilotów podczas ich pobytu na Riwierze.

W maju sytuacja jednostki się nie poprawiła. 1 maja zgłoszono 72 samoloty zdolne do wykonywania misji co stanowi 35% stanu etatowego. Dodatkowo około 100 maszyn było w naprawie. W maju dalej atakowano rejony przyszłej inwazji oraz kontynuowano naloty na większe niemieckie miasta. Rozpoczęto również bardzo intensywne ataki na lotniska by przesunąć niemieckie pułki w głąb utrudniając im tym samym walkę podczas planowanego ataku. Przewaga Aliantów w tym rejonie była na tle przygniatająca, że kontrakcje niemieckie były niemal niezauważalne. Tylko 11 maja w sumie alianci wykonali 4143 lotów bojowych w kierunku Francji i Belgii co spotkało się z około 80 lotami myśliwców, z których jedynie połowa nawiązała kontakt z wrogiem. W maju rozpoczęła się ofensywa przeciwko niemieckiemu przemysłowi naftowemu. II Gruppe znów została oddelegowana na krótki wypoczynek pod przykrywką wzmocnienia spodziewanego frontu w Bretanii. 23 maja 8 armia powietrzna pobiła swój własny rekord i na bombardowanie systemu kolejowego Francji i Niemiec wysłała 1045 ciężkich bombowców. Kontroler poderwał III Gruppe na spotkanie formacji, ale atak został przerwany przez zbliżające się Mustangi eskorty. Na horyzoncie widniały już ciemne chmury które miały przynieść ostateczne pokonanie nazistów. D-day zbliżał się nieuchronnie.

Autor: dr Krzysztof Kuska

dr Krzysztof Kuska , analityk bezpieczeństwa, specjalista w dziedzinie lotnictwa wojskowego, historyk. Współpracował m.in. z magazynami: "Jane's Defence Weekly", "Defence and Security Alert", „Airforces Monthly”, „Combat Aircraft”, „Lotnictwo Aviation International” , „Lotnictwo", "Polska Zbrojna". Więcej na krzysztofkuska.com.