Co wspólnego mają ze sobą nasze Siły Powietrzne i USAF?

Próba porównania USAF i naszych Sił Powietrznych przypomina porównania płetwala błękitnego z delfinem i delfin jest tu umieszczony tylko dlatego, że jest ssakiem i pływa w morzach. Bardziej nadawałby się krewetka, ale ta nie jest ssakiem więc co by to było za porównanie.

Zostawmy zwierzątka i skale i wróćmy do lotnictwa. Jaka byłaby jedna największa wspólna rzecz pomiędzy tymi dwoma siłami, poza tym czym się zajmują czyli lataniem?

Ostatnio sporo czasu poświecam czytaniu na temat USAF i wynik różnych opracowań i analiz jest jeden – potrzebują ogromnych środków pieniężnych i modernizacji. Ciekawe jak sprawę rozwiąże nowa administracja, a będzie miała co robić bowiem problemy nawarstwiają się i z czasem będzie ich coraz więcej.

To samo tyczy się Polski, ale mając w pamięci skalę musimy posiłkować się lupą. Oba kraje używały swego sprzętu intensywnie. Przyczyna tego jest co prawda inna, USAF musiały stawać do walki w rozmaitych wojnach i ich sprzęt się po prostu zużył, polskie siły używały swego sprzętu zwyczajnie za długo. Koniec końców efekt jest ten sam – i tu i tu potrzeba ogromnych inwestycji, ale dziś trudno przeprowadzić je w sposób racjonalny – wiadomo: polityka, przemysł wojskowy, jeszcze więcej polityki itd.

Sytuacja taka może opóźnić wiele niezbędnych zmian, a problemy będą tylko narastać. Jeśli spojrzymy na USAF pilnie potrzeba tam tankowców, całej ich masy i śmiało można zakładać, że nie uda się zastąpić już posiadanej floty 1:1, a przecież F-35 lubią paliwo. Nie wspomnę tu nawet o udziwnieniach w programie tankowców.

Flota F-22 jest wysoce niewystarczająca. Decyzja o przedwczesnym zamknięciu programu na poziomie 187 sztuk to wielbłąd, albo nawet coś jeszcze większego. Pamiętajmy, że tyle wyprodukowano, ale 20 sztuk znajduje się w rezerwie, a 40 służy do szkolenia. Przydziały operacyjne ma resztą. Cóż to jest nieco ponad 120 sztuk? Głos o powrocie do programu F-22 co i rusz pojawiają się za wielką wodą, ale póki co nikt nie przedstawił racjonalnego planu jak to zrobić by nie utopić się w kolejnym wieloletnim projekcie. No i umówmy się – trzeba by nową partię nieco podrasować.

Budowa samolotu 6 generacji, która w zasadzie już powinna się odbywać cichcem w Skunk Work lub Phantom Works to mrzonka. Wszystko wskazuje na to, że posiadany sprzęt dociągnie jakoś do ery bezzałogowej, aczkolwiek głowy pod topór w tej sprawie nie kładę.

Flota bombowców to era przedpotopowa. By utrzymać wymagane stany trzeba odkurzać maszyny z tzw. boneyard, czyli składowiska, gdzie pod chmurką czekają sobie na lepsze czasy. B-52 chyba pobiją wszelkie możliwe rekordy jeśli idzie o czas służby, a rozwiązań alternatywnych nie widać. B-2 mają co prawda dostać następców, ale jeśli patrzymy na program F-35 to opóźnienia mogą być kolosalne. Przepraszam przemysł za brak wiary w jego możliwości.

No i trzeba pamiętać o toporze wiszącym nad A-10. Pomysły by je wycofać po tym jak wymieniano skrzydła i modernizowano je są… każdy może wstawić swoje ulubione określenie nie przeznaczone do upublicznienia. Idea zastąpienia ich maszynami pokroju naszego Orlika jest nieracjonalna. Lekkie samoloty turbośmigłowe mogłyby co najwyżej stanowić uzupełnienie A-10 tak by nie strzelać z armaty do wróbla. Mogłyby tez odciążyć samoloty wielozadaniowe, ale nie zastąpić. Obszary można mnożyć.

To samo tyczy się naszych Sił Powietrznych. Su-22 potrzebują wymiany już od 10 jak nie więcej lat, MiG-29 to samo, flota F-16 liczy tylko 48 sztuk, a a horyzoncie nie widać posiłków choć larum grają… Liczba zadań dla Jastrzębi wzrasta cały czas, choćby z racji nowych typów uzbrojenia. Dodatkowe możliwości są same w sobie wspaniałe, wszak maszyna wielozadaniowa może wykonać jeszcze więcej zadań, ale co z tego jak niedługo jeden nasz F-16 będzie leciał oblepiony jak choinka tyle przydzielą mu tych możliwości i zadań.

Flota C-130 którą dysponujemy była już stara gdy latała w USA, a teraz jest już chyba niczym dobre wino. Dojrzewa, choć nie leżakuje – C-130J w liczbie przynajmniej 5 sztuk winny rezydować w Powidzu już od dawna.

Potrzeby w zakresie śmigłowców są tak duże, że szkoda o tym w ogóle pisać. Liczby z przetargów trzeba by pomnożyć razy dwa, a lepiej razy trzy. Zwłaszcza w kwestii maszyn szturmowych. Na czołgowych nizinach zawsze się przydadzą.

O obronie przeciwlotniczej, rakietach, pociskach i innych fajerwerkach wolę nawet nie myśleć i pisać. To podstawa podstaw, żeby wszystko inne mogło w ogóle mieć szansę pokazać się z najlepszej strony.

Jedyne co cieszy to flota C-295. Coś nam się udało.

Jak widać Polska wcale nie jest na ognie światowego lotnictwa wojskowego. Jesteśmy w samym czubie. Towarzystwo mamy najlepsze z możliwych. Problemy te same.

Krzysztof Kuska

Zdjęcie: Piotr Łysakowski / piotrlysakowski.pl