Kategorie
1939-1945

300 Dywizjon Bombowy w czasie Bitwy o Wielką Brytanię – rys

Dowódca dywizjonu krótko zagaił: „Dziś w nocy rozpoczynamy rzeczywistą pracę. Dyon nasz wystawia trzy załogi, Dyon 301 tyleż samo. Z naszego Dywizjonu wyznaczam: Kpt. Pil. Sulińskiego- Maszyna gotowa? – Gotowa Panie Pułkowniku. Kpt. Pil. Antonowicza – gotowe? – Gotowe Panie Pułkowniku. – Ppor. Pil. Jasińskiego – Gotowe” ((M. Lisiewicz, Destiny Can Wait; the Polish Air Force in the Second World War, Londyn 1949,  s. 113)).

Tym razem pogoda pozwoliła na rozpoczęcie zadania i wymienione załogi wystartowały w godzinach od 18:55 do 19:05 kierując się, każda z ładunkiem czterech 250 funtowych bomb, na port w Boulogne. Z powodu aktywności reflektorów nad celem (strzelec Sgt Bieżuński „zgasił” ogniem swego Vickersa ((Vickers K – karabin maszynowy kalibru 0,303 cala (7,7 mm), znajdujący się w tylnim stanowisku samolotu Battle obsługiwany przez strzelca-radiotelegrafistę.)) jedno ze stanowisk) załogi nie potrafiły zaobserwować skutków bombardowania. Wszystkie samoloty bezpiecznie powróciły do Anglii, choć tylko F/O Antonowicz wylądował we własnej bazie. Battle F/O Sulińskiego lądował na lotnisku w Digby, zaś P/O Jasińskiego w Newton. Wspomina członek ostatniej załogi strzelec-radiotelegrafista Sgt Łapot: (…) Trzeba było wrócić. Pamiętam, że trasa prowadziła przez Kanał a potem wzdłuż wschodniego brzegu. Problem w tym, że arkusz papieru z naniesionymi kodami rozpoznawczymi lotnisk zawierał błędy. Kiedy wylądowaliśmy w Newton zamiast Swinderby Anglicy wybałuszyli oczy. Nigdy przedtem nie widzieli polskich załóg bombowych. Sprawdzili czy przypadkiem nie przywieźliśmy ze sobą bomb i na wszelki wypadek zdjęli nasz karabin maszynowy ((P. Sikora, W cieniu Fighter Command, „Lotnictwo z szachownicą” nr 21, 2007, s. 26.)). Ciekawą relację z pierwszej wyprawy dywizjonu pozostawił również obserwator Sgt Bolesław Sobieszczuk:

    O godzinie 18.03 meldujemy się na punkcie startowym. Załoga nasza jest druga w kolejce. Samolot, który wystartował przed nami, kończy rundę nad lotniskiem i wchodzi na kurs. Na tle jasnego jeszcze nieba ostro odcina się czarna syl­wetka Fairey „Battle”, który przeszedłszy ponad środkiem lotniska leci w kierunku południowym.

W tym samym czasie podpułkownik Makowski, stojący o kilkanaście metrów przed nami, spoglądał na zegarek. Jeszcze dwadzieścia sekund, dziesięć, pięć, zero… Makowski podnosi chorą­giewkę — start!!!

      Mrok gęstniał w miarę, jak zbliżaliśmy się ku południowi Anglii. Gdzieniegdzie zapalały się beacony świetlne, mrugając do nas przyjaźnie. Po pewnym czasie wkroczyliśmy nad kanał La Manche. Ściemniało zupełnie. Nad nami z prawej strony świecił wąski róg księżyca, rzucając blade światło na powierzchnię wody. Po obu stronach Kanału panowała cisza. Zostało nam jeszcze kilka minut drogi do celu. Wpatrując się w niebiesko-szarą otchłań, dostrzegłem w pewnej chwili zarys linii brzegowej postrzępionej basenami portu Boulogne. Jesteśmy w rejonie celu. Mówię pilo­towi, żeby zrobił skręt we wskazanym kierunku, a sam czołgam się do celownika, aby nastawić potrzebne elementy. Zbliżamy się do portu. Nagle gdzieś w dole zapala się jeden reflektor, potem drugi, trzeci… Pilot robi okrążenie, żebym mógł znaleźć cel. Nie jest to wcale łatwe, gdyż teren pod nami wygląda jak jakaś sinoniebieska masa pełna ciemniejszych plam. Nareszcie w świetle księżyca błysnęły prostokąty basenów portowych.

      — Skręć w lewo, otwórz drzwi bombowe i nalatuj — mówię do pilota. — Basen numer pięć będziesz miał przed sobą. — Przywieram twarzą do celownika, starając się nie zgubić dostrzeżone­go punktu. — W lewo… w lewo… Jeszcze… Stop, Wyrównaj… dobrze. Tak trzymaj! — naprowa­dzam pilota.

      Otwierają do nas ogień. Wygląda to z góry, jakby ktoś w noc świętojańską tysiące ogni zapalił. Setki czerwonych, białych, zielonych i pomarańczowych pocisków wybiega w górę tworząc żywą mozaikę barw. Rzadziej, gdzieś w głębi, poprzedzane potężnym błyskiem, odrywają się wielkie białe kule, które zdają się biec wolno w naszym kierunku. Mijają nas i pękają gdzieś wysoko. Zdaje się, że można by je jak piłki dziecięce chwytać w dłonie. To ogień ciężkiej artylerii. Spośród tego fajerwerku ogni wyrasta potężny las reflektorów, których smugi, jak konary drzew wiatrem kołysane, chwieją się nieregularnie na wszystkie strony.

      Wybrany przeze mnie punkt posuwa się wolno po nitkach celownika. Zbliża się moment, w któ­rym mam zwolnić wyrzutnię bomb… Nagle błysk reflektora maznął jak pędzlem po maszynie, ośle­piając mnie na chwilę.

      — Zawracaj, cel uciekł, powtórzmy nalot — mówię do pilota.

I znowu powtarza się nalatywanie. Lawiruje­my teraz wśród coraz to bardziej zacieśniających się wokół nas reflektorów.

      — Trochę w prawo… Spoziomuj maszynę… W lewo… Spoziomuj! Spoziomuj! Dobrze! Uwaga, bomby!

      Na tle białych smug reflektorów ciemne, grube sylwetki bomb gonią jedna drugą. Walą w dół i nikną w niebieskoszarej otchłani. Żeby mnie tylko znowu nie oświetlili, jak wybuchać będą, Żebym mógł wiedzieć… Żeby trafiły…

Żeby… Ko­lejne pomarańczowe błyski wybuchu przecinają basen portu. Oto nasza odpowiedź, a tam w ba­senie portowym wasze przygotowania do inwa­zji — pomyślałem, wspominając odprawę z pod­pułkownikiem Makowskim.

      —Zamknij drzwi bombowe, możemy wra­cać: — mówię do pilota. — Kurs zero dziesięć.

      W tej samej chwili za moimi plecami odzywa się karabin maszynowy. To strzelec poganiał kota po reflektorach. Leżę wciąż jeszcze przy celow­niku, obserwując ziemię. W pewnym momencie wiązka reflektorów krzyżuje się na naszej maszy­nie i gaśnie. W następnym momencie rozlega się błysk serii. Samolot, jak zraniony ptak, podrywa się gwałtownie w górę, po czym wali się na skrzydło i idzie piką w dół.

      — Co jest, Roman ((Przy spisywaniu wspomnień Sgt Sobieszczuk pomylił imię pilota. Zamiast Roman, powinno być Tadeusz.)) ? — pytam pilota.

      Nie ma odpowiedzi. Błyskawicznym ruchem przypinam spadochron.

      — Co jest, Roman? — powtarzam pytanie i zno­wu nie otrzymuję odpowiedzi.

      Obliczam wysokość. Przedtem mieliśmy 9000-stóp, teraz pewnie będzie już 8500. Chcę ko­niecznie zobaczyć pilota, wiedzieć, co się z nim dzieje, ale niestety, konstrukcja ‘Battle’ nie poz­wala na to. Oparcie fotela pilota zasłania go cał­kowicie, pozwalając tylko przez wąską szparę między tym właśnie oparciem a ścianą kabiny dojrzeć nogę wyprężoną na orczyku sterów i rękę zaciśniętą na manetce gazu. Nic mi to nie mówi. Wysokość 7500 stóp. Maszyna, aczkolwiek niere­gularnie, ale wciąż spada. Nie jest to ani korkociąg, ani pika, ani regularna spirala, jest to coś pośredniego, jakaś dziwna kombinacja tych trzech ewolucji. Wysokość 7000 stóp. Uświadamiam so­bie, że jeśli mamy razem z radiotą wyskoczyć, to muszę mu dać rozkaz teraz, natychmiast, gdyż, zanim wyskoczy i umożliwi mi wydostanie się z kadłuba, stracimy sporo wysokości. Pułap 6500 stóp. Z drugiej strony wiem, że wiatr wieje od strony Anglii. Jeśli wyskoczymy, to i tak nie ma­my szans, aby żeglując ze spadochronem dostać się na środek Kanału, gdzie ewentualnie jakaś an­gielska łódź patrolująca mogłaby nas wyłowić. Wysokość 6000 stóp. Wiatr wieje w głąb Francji, zatem — niewola. Wysokość 5000 stóp. W pewnej, chwili w słuchawkach słyszę głos pilota:

      — Zaczekaj, za chwilę ci wyjaśnię!

       Odetchnąłem. Idziemy jeszcze chwilę w dół, ale czuję, że pilot panuje już nad maszyną. Nagle Jasiński wyrywa gwałtownie samolot z wiązki reflektorów. Ogień dział słabnie, a pilot wyrów­nuje płatowiec. Spoglądam na busolę.

     — Roman, lecimy w głąb Francji. Przyjmij kurs trzysta sześćdziesiąt stopni — mówię.

     — Rozumiem, ale skręcić na razie nie mogę — odpowiada pilot.

      Mija jedna minuta i druga, wreszcie widzę, że strzałka busoli zaczyna się powoli obracać. Skręcamy na podany kurs. Teraz wyłania się problem, czy krążyć tu czas jakiś i nabrać wysokości, by zmniejszyć ryzyko zderzenia z ewentualną zaporą balonową i stosunkowo bezpiecznie przejść ponad skoncentrowanym ogniem obrony wybrzeża, czy też natychmiast przyjąć kurs powrotny, ryzykując prześliźnięciem na małej wysokości. Wybie­ramy to drugie. Jesteśmy bardzo zmęczeni, a na­bieranie wysokości potrwałoby czas jakiś. Obser­wując zgrupowanie ogni wybieramy punkt sto­sunkowo najdogodniejszy i tam pilot kieruje ma­szynę. Po ustaleniu dokładnej pozycji i podaniu powrotnego kursu pytam pilota, co było przy­czyną tak gwałtownej utraty wysokości.

     — A nic — zaczął opowiadanie. — Kiedy Jasio Łopot otworzył ogień i mnie zachciało się trochę postrzelać. Położyłem maszynę w pikę; ale wi­docznie była zbyt głęboka, bo mi szybę reflektora z płata wysadziło. Sztuczny horyzont, żyro i wszelkie inne zegary roztańczyły się zupełnie. Wyjrzałem więc z kabiny, żeby się połapać w sy­tuacji, i w tej samej chwili oślepiły mnie reflek­tory. Nie mogłem się z nich wydostać. Kiedy się wyrwałem i już zacząłem trochę widzieć, chwy­ciły nas znowu. I tak ze trzy razy…

     —Czemu nie powiedziałeś, że ty i maszyna jesteście w porządku? — pytam.

     —Chciałem, ale ręce miałem zajęte, a mikro­fon wisiał nie przypięty do hauby — wyjaśnił pilot.

     —To masz szczęście, że ci nie powyskakiwa­liśmy. Niewiele brakowało, a byś sam wracał — rzuciłem cierpką uwagę.

       I tak, dzieląc się wrażeniami niedawnych prze­żyć, osiągnęliśmy brzeg Anglii, gdzie z głębi lądu mrugały do nas przyjaźnie znajome beacony. A kto chociaż raz zmęczony wracał w nocy z wy­prawy bombowej, ten wie, że beacony potrafią naprawdę mrugać przyjaźnie a zwłaszcza ten jeden, o którym wielu z nas marzyło przez długie wieczorne godziny wlokąc się gdzieś nad ogromną przestrzenią kontynentu lub Morza Północnego, beacon własnego lotniska.”

Autor: Łukasz Jaśkiewicz

Łukasz Jaśkiewicz - absolwent Wydziału Historycznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, specjalność historia wojskowości. Zainteresowania: działania lotnicze drugiej wojny światowej, marynistyka, dzieje odkryć geograficznych i eksploracji kosmosu.