Iwona Kienzler, 1017 Niemcza, Warszawa 2014, ss. 91. – recenzja

Wydawnictwo „Bellona” trzy lata temu zainaugurowało nową serię wydawniczą: „Zwycięskie bitwy Polaków”. Seria ta została poświęcona rozpropagowaniu wśród potencjalnego kręgu czytelników historii mniej jak i bardziej znanych starć, które były dla strony polskiej zwycięskie. Do sukcesów oręża polskiego należy niewątpliwie zaliczyć oblężenie Niemczy z 1017 roku. Zaciekle broniąca się załoga grodu śląskiego przez kilka tygodni wytrwale stała na wałach i ostatecznie nie wpuściła do wnętrza warowni osaczających je wojsk nieprzyjacielskich. Próbę charakterystyki starcia pod Niemczą w ramach wspomnianej serii wydawniczej podjęła się Iwona Kienzler, popularyzatorka historii, autorka wielu książek z tego obszaru, z wykształcenia zaś ekonomistka.

Prezentowana publikacja ma charakter popularnonaukowy. Tekst liczy sobie prawie sto stron, a wzbogacają go licznie występujące rysunki, obrazy, zdjęcia i mapy. Książkę zamyka bibliografia oraz słownik trudniejszych pojęć.

W pierwszym rozdziale „Geneza konfliktu i przygotowania do wojny” (s. 5-37) autorka przybliżyła czytelnikowi wiele zagadnień, bez których znajomości trudno byłoby zrozumieć, dlaczego polski władca – Bolesław Chrobry – na przestrzeni kilkunastu lat (1003-1018) tak zażarcie walczył z Niemcami rządzonymi przez Henryka II Ludolfinga (1002-1024). Wedle jej oceny głównym powodem implikującym wybuch otwartej wojny między Polską a Cesarstwem była sprawa Czech, a konkretniej postawa polskiego księcia, który je zajął w 1003 roku. Piast odmówił mianowicie Henrykowi złożenia hołdu z zawładniętego kraju, a do czego był wręcz zobligowany, albowiem Czechy w tym czasie były lennem niemieckim. Odmowna odpowiedź była impulsem, który pchnął obydwie strony do szukania na drodze militarnej rozwiązania powstałych trudności. Żadna ze stron nie ustępowała pola przeciwnikowi. Kolejne wyprawy (przede wszystkim Niemców przeciw Polsce) kończyły się połowicznymi rezultatami, które nie satysfakcjonowały nikogo. Jeśli chodzi o analizę wypadków wojennych (po 1003 roku) autorka postanowiła ograniczyć ich omówienie do zupełnego minimum. Bez dwóch zdań zabieg ten należy pochwalić. Gruntowny opis wcześniejszych etapów zmagań orężnych byłby pozbawiony celowości, nie miały one bowiem większego przełożenia na to, co miało miejsce w roku 1017, czyli splotu wydarzeń, których opisania autorka de facto w swojej książce się podjęła.

Zdaniem Iwony Kienzler Niemcy przygotowały się dobrze do kampanii 1017 roku. Również polski wódz nie miał marnować czasu i należycie przyszykował się do odparcia wrogiego najazdu. Na nawiązanie kontaktów swego wroga z władcą Rusi, Jarosławem Mądrym (Rurykowicz zobowiązał się w czasie pertraktacji z dworem niemieckim uderzyć na wschodnią granicę państwa Bolesława), miał odpowiedź wszczęciem rozmów z Pieczyngami, w tym czasie skonfliktowanymi z Rusinami. W wyniku negocjacji ustalono, że koczownicy zwiążą siły ruskie, gdy te będą podążać w kierunku Polski. Jednocześnie Chrobry, będąc poinformowanym, co do czasu i miejsca koncentracji wojsk niemieckich, próbował doprowadzić do rozbicia sojuszu niemiecko-lucickiego, jednak – zdaniem autorki – okazało się to niemożliwe i w konsekwencji siły pogan stanęły po stronie Niemców. Ponadto w jej opinii polski dowódca mógł liczyć na pomoc swoich siostrzeńców, synów jego siostry Świętosławy-Sygrydy, którzy najpewniej przysłali mu jakiś oddział zbrojnych, prawdopodobnie jednak niezbyt duży, gdyż w tym czasie byli oni zaangażowani sprawami angielskimi.

Chrobry, jak słusznie zauważyła autorka książki, doskonale wykorzystał informacje, które zebrały dlań jego służby wywiadowcze. Postanowił prewencyjnym uderzeniem zaatakować Bawarów, którzy mieli wesprzeć swoimi siłami armię cesarza. Ponadto zawczasu zabezpieczył zachodnią rubież swego państwa, przede wszystkim newralgiczny punkt w Krośnie Odrzańskim. W wyniku tego wojska nieprzyjacielskie poniechały forsowania Odry na tym odcinku i skierowały się w stronę Głogowa w nadziei, że tam znajdą dogodniejsze warunki do przeprawy, po której przebyciu zamierzały przeć dalej w kierunku Wielkopolski. Jednak rachuby Niemców zupełnie zawiodły, Głogów, podobnie jak Krosno, był doskonale przysposobiony do obrony. Henryk, bojąc się o straty w ludziach (niezwykle utrudnione byłoby forsowanie Odry pod ostrzałem znajdujących się w Głogowie wojów polskich), najpewniej za namową Udalryka, księcia czeskiego, zmienił swoje pierwotne plany względem Polski. Skierował się ze swoim wojskiem w stronę Niemczy. Opanowanie tej twierdzy, leżącej przy granicy z państwem św. Wacława, z jednej strony stanowiłoby podstawę umożliwiającą Czechom odzyskanie prowincji śląskiej utraconej w 990 roku, z drugiej zaś byłoby sukcesem upokarzającym Bolesława.

Autorka za dotychczasową literaturą przedmiotu próbowała pochylić się także nad zagadnieniem liczebności zantagonizowanych armii. Problematyce tej poświęciła cały drugi rozdział swej pracy (s. 38-59). Podstawę jej wniosków pozwalających oszacować liczbę wojsk polskich, dał przekaz Anonima zwanego Gallem mówiący o zbrojnych, jakich Chrobry miał w Gnieźnie, Poznaniu Włocławku i Gieczu. Z opisu bezimiennego mnicha wynika, że polski książę był w stanie łącznie z tych czterech ośrodków zgromadzić 16 900 ludzi (w tym 3900 pancernych). Idąc za dotychczasowymi ustaleniami historyków wojskowości, autorka poddała w wątpliwość liczby podane przez dziejopisa, uznając je za znacznie zawyżone. Proponowała podzielić je przez 10, przez co w jej mniemaniu otrzyma się realną liczbę wojowników, którą mogły wystawić wymienione przez Galla grody. Do uzyskanej w ten sposób wielkości postulowała doliczyć również zbrojnych pochodzących z innych grodów piastowskich. W sumie domniemywała, iż potencjał bojowy Chrobrego był znaczny, i że mógł on w czasie działań wojennych korzystać aż z 10 000 żołnierzy.

W źródłach nie dochowały się bezpośrednie dane mogące pomóc w określeniu przybliżonej wielkości armii, jaką zdołał zebrać Henryk II. I. Kienzler, chcąc rozwiązać powstałe trudności, odwołała się do ustaleń P. Rochali, autora kompleksowego opracowania również podejmującego dzieje kampanii z 1017 r. Za nim przyjęła, że armia najezdnicza była pokaźna. Oprócz rycerstwa niemieckiego, wódz niemiecki wystarał się także o posiłki czeskie i lucickie. Udalryk czeski mógł przywieść na wyprawę około 3000 ludzi, dobrze wyszkolonych i uzbrojonych. Pogańscy koalicjanci mogli natomiast przyprowadzić nawet 10000 wojowników pieszych, którzy byli przydatni na polskim teatrze wojennym obfitującym w lasy i tereny podmokłe, a przez które z dużymi problemami przedzierało się niemieckie rycerstwo. Tak więc Lucicy byli doskonałym uzupełnieniem konnych sił niemieckich. Całość skonfederowanych wojsk niemiecko-czesko-wieleckich autorka obliczała na ok. 30 000 wojowników.

W trzecim rozdziale swojej książki I. Kienzler postanowiła poddać krótkiej charakterystyce teren bitwy (s. 60-61), natomiast już w następnym przeszła do meritum swojego opracowania, kreśląc przebieg oblężenia twierdzy niemczańskiej (s. 62-83). Siły broniące grodu były zbyt małe, by przez dłuższy czas bronić dostępu do wałów i wszelkich urządzeń obronnych. Chrobry doskonale o tym wiedząc, postanowił dosłać niezbędną pomoc oblężonym. Polskiemu oddziałowi udało się przedrzeć przez wrogie posterunki i przedostać się do wnętrza grodu. Jak słusznie skonstatowała autorka odsiecz ta była niewystarczająca (liczyła być może 100-200 zbrojnych). Toteż Bolesław zaryzykował przedsięwzięciem podobnej akcji. W jej wyniku – jak sądziła autorka – przez nieszczelny pierścień blokujących wojsk do bram warowni przedarł się w zwartym szyku oddział wojów. Tym razem był on już liczniejszy i liczył sobie najprawdopodobniej, według przypuszczeń autorki, kilkuset zbrojnych.

Działania Chrobrego, choć ryzykowne, sowicie się opłaciły, albowiem Niemcy, chcąc dostać w swe ręce gród, musieli rozpocząć jego oblężenie. Nie wiadomo, jak w szczegółach przedstawiało się rozlokowanie obozującego wokół grodu konglomeratu wojsk sojuszniczych. Autorka, idąc za spostrzeżeniami P. Rochali, w żadnym stopniu jednak nie dającymi się zweryfikować, przypuściła, że armia niemiecka obozowała od zachodniej strony grodu, wojska pogan od północy, zaś czescy koalicjanci od południa. Pierwsze dni oblężenia upłynęły wrogom na budowie machin miotających. W sumie zbudowali oni na miejscu, podług autorki, nawet do 30 tego typu urządzeń. Ponadto mogli sporządzić kilka wież oblężniczych. Pewne to jednak nie jest, gdyż informacji źródłowo pewnych dokumentujących ich skonstruowanie zupełnie brak.

Obrońcy robili wszystko, co było w ich mocy, aby dostatecznie dobrze przysposobić się do odpierania szturmów nieprzyjaciela. Stan źródeł uniemożliwia jednak prześledzenie ich działań w tym zakresie. Pewne jedynie jest to, że załoga grodu w pierwszych dniach oblężenia budowała machiny miotające, które rozstawiła następnie na wałach. I. Kienzler w swej książce podejrzewała, że obrońcy próbowali również podpalić powstające tego typu obiekty u oblegających. Ponadto mieli oni także wzmocnić bramę, tak by nie padła zbyt szybko. Z tezami autorki trudno polemizować, aczkolwiek można przyznać jej rację, przynajmniej w kwestii umocnienia bram warowni, gdyż były one w trakcie każdego oblężenia podatne na ataki strony przeciwnej i należało je odpowiednio zabezpieczyć.

Dostępny materiał źródłowy nie pozwala zrekonstruować również, jak w najdrobniejszych szczegółach wyglądały walki o umocnienia Niemczy. W związku z tym do opisu I. Kienzlerowej (nota bene niezwykle barwnego i obfitującego w liczne detale, które nie znalazły jednak odbicia w kronikach) należy podejść nader powściągliwie, bo nie ma jakiejkolwiek pewności, aby wszystkie wymienione przez nią zabiegi i czynności strony polskiej i jej adwersarzy w czasie batalii pod Niemczą miały miejsce. Z doniesień biskupa merseburskiego Thietmara (975-1018) nie wynika wcale, aby Czechom udało się dostać na wały niemczańskie, z których zostali po kilkunastominutowej walce zepchnięci przez obrońców. Również niełatwo zgodzić się z opinią autorki, gdy pisze, że cesarz „rzucił do szturmu Luciców, dla których zdobycie grodu oznaczało bogate łupy i mnóstwo jeńców, których zamierzali poprowadzić na swoje ziemie w charakterze niewolników” (s. 81). Jakie były powody, które determinowały atak pogan, na obecnym etapie badań, trudno wyrokować. Natomiast nie budzą większych sprzeciwów inne spostrzeżenia autorki, które wypowiedziała przy charakterystyce zwinięcia przez napastników oblężenia i ich odwrotu z ziem polskich. Uznała, że zakończenie wyprawy cesarskiej było w głównej mierze spowodowane rozpaczliwą sytuacją wojsk inwazyjnych, które odczuwały straszliwy głód. Ponadto borykały się one z chorobami, a stan ich morale był więcej niż niezadowalający.

Czy książka, którą wydała p. I. Kienzler zasługuje na lekturę? Wszystko zależy od tego, tak się zdaje, w jakie ręce trafi i kto ją będzie czytać. Z jednej strony nie powinni narzekać czytelnicy interesujący się dziejami polskiej wojskowości w okresie średniowiecznym w sposób ogólny, a którzy jednocześnie nie podejmują badań szczegółowych w tym zakresie (dotyczy to zwłaszcza osób na co dzień nie zajmujących się naukowo wojskowością średniowieczną oraz tych, które nie ukończyły odpowiednich studiów historycznych i nie posiadają podstawowej wiedzy z zakresu metodyki i metodologii badań historyczno-wojskowych). Zaletą książki jest to, że obfituje ona w wiele ciekawych szczegółów, które zostały zaprezentowane w sposób przystępny i za pomocą plastycznego języka. Z drugiej zaś strony zgoła inaczej na książkę I. Kienzler będą patrzeli naukowcy podejmujący się fachowych badań nad dziejami wojen i polskiej sztuki wojennej w okresie wczesnofeudalnym. Wielu specjalistów pewnie nie zgodziłoby się z kilkoma spostrzeżeniami autorki, albowiem nie są one podparte niezbędnym w tym wypadku aparatem krytyczno-erudycyjnym, pozwalającym śledzić tok narracji. Część wniosków autorki ma charakter wielce dyskusyjny, nie da się ich bowiem zweryfikować, gdyż podstawa źródłowa na temat kampanii 1017 roku jest niezwykle lapidarna.

Mariusz Samp