F-16 i co dalej?

10 lat F-16 w Polsce to dobry moment na refleksję nie tylko nad samym programem, ale również a może przede wszystkim nad tym, jakie kolejne kroki winna podjąć Polska.

48 Jastrzębi jakie mamy do swojej dyspozycji to zdecydowanie za mało. Co więcej za 5 lub 10 lat trzeba będzie zacząć rozważać ich modernizację by nadal przystawały do współczesnego pola walki. Na myśl przychodzi choćby wymiana radaru na stację radiolokacyjną z anteną z aktywnym skanowaniem elektronicznym (AESA – active electronically scanned array). To najprostsza i najszybsza droga na podniesienie możliwości tych samolotów. Jeśli jednak nie przeprowadzimy takiej modernizacji nadal będziemy mieć sprzęt na przyzwoitym poziomie oferujący rozbudowane możliwości walki.

Większym problemem jest czym zastąpić będące już pod kroplówką Su-22 i w dalszej kolejności myśliwce MiG-29. W przypadku tych drugich sytuacja prezentuje się nieco lepiej, przeszły bowiem modernizację, ale nie są to działania wystarczające.

Dochodzimy tutaj do tytułowego „co dalej?”. Możliwości mamy jak zawsze kilka:
– dokupienie kolejnej partii samolotów F-16 w najnowszym standardzie
– dokupienie kolejnej partii samolotów F-16 w tym samym standardzie
– zakup partii samolotów F-35
– zakup innego typu samolotu

Jeśli zdecydujemy się na drugą transzę maszyn F-16 winny one znajdować się w najnowszym możliwym wariancie. Pozwoliłoby to na zmniejszenie luki pomiędzy możliwościami samolotów 5 generacji, a generacji 4+. Otworzyłoby to też drogę dla modyfikacji już posiadanych samolotów do tegoż standardu. Dzięki temu mielibyśmy zunifikowany sprzęt znacząco łatwiejszy do obsługi. Personel naziemny mógłby być szkolony w kraju własnymi siłami. Również same koszty obsługi byłyby mniejsze.

Zakup samolotów F-35 jest z naszej perspektywy trudny. Dyskusyjnym jest czy stać nas na zakup 48 maszyn F-35, a o mniejszej liczbie nie ma sensu rozmawiać – tyle sztuk samolotóœ to absolutne minimum. 48 F-35 mogłoby przejąć zadania stricte myśliwskie, a F-16 pełniłyby rolę samolotów wielozadaniowych przejmując rolę Su-22. Można rozważać zakup np. 24 lub 36 F-35, ale w takim układzie koniecznym stałoby się wzmocnienie liczby posiadanych F-16, tak by nadal było to minimum 48 nowych maszyn w Siłach Powietrznych.

Zakup innego typu samolotu to z kolei utrudnienia wynikające w szkoleniu i całym procesie logistycznym. Ciężko sobie wyobrazić by oferent mógł zaproponować tak doskonałe warunki, że byłyby one w stanie zrekompensować wynikające z posiadania drugiego typu samolotu trudności. Zaangażowanie się w inny model to również kolejna umowa sojusznicza na 40+ lat, ponieważ tak trzeba na tą sprawę patrzeć. Przez najbliższe kilka dziesięcioleci będziemy musieli znajdować się w ścisłym sojuszu z naszym oferentem. Tutaj rodzi się jedyna istotna zaleta jaka przychodzi do głowy, a mianowicie dywersyfikacja zgodnie z zasadą by nie trzymać wszystkich jajek w jednym koszyku.

Pytanie tylko czy nas na taką operację stać? W kolejce poza nowymi maszynami wielozadaniowymi czekają bowiem transportowce. Ich stan nie jest jeszcze opłakany, ale powoli pilną potrzebą staje się zakup następców C-130E – Casy nie są w stanie wypełnić wszystkich misji. Najpilniejsze wydają się, co zawsze podkreślam, „polskie oczy”. Musimy samodzielnie widzieć co dzieje się wokół nas bez oglądania się na sojuszników.

Problemów multum, potrzeb jeszcze więcej, a środków jak zawsze… Przed Ministerstwem Obrony Narodowej stoi nie lada wyzwanie, a przecież Lotnictwo nie jest jedynym obszarem wymagającym pilnych modernizacji. Warto zatem zrobić wszystko by jak największa część wprowadzanych zmian miała miejsce przy użyciu własnego przemysłu co pozwoli skuteczniej wydatkować pieniądze, jako że wrócą one z powrotem do naszej gospodarki.

Krzysztof Kuska

Zdjęcie: Piotr Łysakowski