Kategorie
XIX-XXI wiek

Śmierć na morzu oczami marynarzy holenderskich i niemieckich

Niezwykle silne więzi przyjaźni łączyły także dwóch dowódców niemieckich okrętów podwodnych z czasów II Wojny Światowej, Ericha Toppa i Engelberta ‘Bertla’ Endrassa. Wojnę przeżył tylko jeden z nich- Erich Topp. W swoich wspomnieniach poświęconych pamięci Endrassa napisał: Kochaliśmy nasze życie bez oszukiwania się co do tego, jaka mogła być druga strona medalu, ostatnia chwila, koniec. Oczekiwaliśmy śmierci, tak jak wyzwań i spełnienia w życiu. Mieliśmy wszakże nadzieję, że śmierć nas oszczędzi, a jeśli nie, to spotkamy ją razem. Los jednak nie okazał się tak łaskawy ((E. Topp, Ku pamięci Engelberta Endrassa [w] Cisi myśliwi, Gdańsk 2003, s. 36.)). Niezwykle wymowne są słowa z listu, który Endrass napisał do Toppa przed swoim ostatnim patrolem: O losie, jeśli nas kochasz, pozwól nam przeżyć tę wojnę. Ale jeśli jesteś choć trochę litościwy, proszę, pozwól mi odejść pierwszemu ((Tamże, s. 21.)). Endrass zginął wraz z całą załogą. Topp, który wrócił z patrolu długo po planowanym powrocie Endrassa, przez długi czas nie chciał zmierzyć się z brutalną prawdą. Nie chciał iść do siedziby flotylli, by usłyszeć, że Endrass już nigdy nie wróci. Chwile po śmierci Endrassa opisał w następujący sposób: – Staw temu czoło- mówię do siebie- pogódź się z tym, że twój przyjaciel już nigdy nie wróci, że już nigdy nie będzie bawiło cię jego poczucie humoru, że nie usłyszysz już jego śmiechu! Pogódź się z tym, że nic nie zastąpi ci tej straty, że nic nie zniszczy bogactwa wspomnień! […] Pogódź się z tym, że on leży gdzieś tam na tym samym Atlantyku, który wiele razy przemierzaliśmy, polując na przeciwnika! Parę tygodni później znalazłem się znowu na ogromnej przestrzeni Atlantyku, który teraz nazywałem domem. Twoje zdjęcie wisi przede mną. Obok niego kopia twego ostatniego listu do Monique mój przyjacielu. List ten jest dla mnie jakby spadkiem po tobie ((Tamże, s. 38.)). Z czasem pogodził się z jego śmiercią, jednak nigdy o nim nie zapomniał: Morze stało się jedynym miejscem, na którym czuję się jak w domu, od kiedy zrozumiałem, że ty, mój drogi Bertl, jesteś tutaj ze mną, pod nami- w głębinach oceanu. Niech owa otchłań morza pod wiecznym nieboskłonem wypełni we mnie posępną pustkę, która nawiedza mnie od twojego odejścia. Nie użalam się nad sobą. Gdziekolwiek jednak spocznie mój wzrok, wszędzie, gdzie dotrę myślami, słuchem czy duchem- tam zawsze jesteś Ty. A przecież Ciebie już nie ma ((Tamże, s. 20.)). Podczas długich patroli, gdy załogi U-bootów przeżywały wspólnie wszystkie niebezpieczeństwa, rodziły się silne więzi wspólnoty i przyjaźni pomiędzy członkami załóg.

Max Valentiener we wzruszający sposób opisał śmierć jednego z członków załogi U-38 inżyniera Nöglera, który na skutek stresu wywołanego życiem na U-boocie i walką oszalał i stał się niezdolny do służby. Kiedyś Valentiner zauważył, że podczas awarii na okręcie, kiedy woda tryskała silnym strumieniem do wnętrza okrętu, Nögler stał zamyślony nie zwracając uwagi na nic. Zdarzało mu się to coraz częściej. W szpitalu Nögler gorączkował, krzyczał, wydawał rozkazy i udawał, że obsługuje tablicę rozdzielczą na okręcie; słyszał wybuchy bomb głębinowych. Lekarze sądzili, że jest symulantem, Valentiner widział, że tak nie jest. Inżynier zmarł w szpitalu nie odzyskawszy zdrowia. Valentiner napisał o jego śmierci: Był to pierwszy z nas, który zmarł śmiercią bohaterską. Tak, bo to też była śmierć bohaterska… ((M. Valentiner, U-38…, s. 148.)). Słowa Valentinera przepełnione są niezwykłym zrozumieniem i szacunkiem dla kolegi, który nie wytrwał trudów wojny. Śmierć kolegów zawsze głęboko poruszała marynarzy, niezależnie od okoliczności, w jakich zginęli. Herbert Werner opisał tak swój nastrój po śmierci kolegów: W lipcu pożegnałem się również z mymi przyjaciółmi- Sachsem z U-413 i Siederem z U-986. Ich patrole miały być polowaniem samotnych wilków, ale oba okręty- z całymi załogami- zostały zniszczone tego samego dnia. Po odejściu moich najbliższych przyjaciół poczułem się coraz bardziej niepotrzebny ((H. Werner, Żelazne…, s. 339-340.)).

Podobne uczucie głębokiego żalu miał Robert Moraht, dowódca okrętu U-64, który zatonął walcząc z HMS Lychnis 17 czerwca 1918 roku. Uszkodzony bombami głębinowymi U-64 wynurzył się i dostał pod ogień dział. Po 22 minutowej walce U-boot zapadł się nagle w głębiny. Uratować zdołało się tylko 5 osób, które opuściły w ostatniej chwili tonący okręt ((R. Moraht, Wilkołak mórz. U-64 poluje na wroga, Gdańsk 2008, s. 111-112.)). Moraht napisał po wojnie: O stanie ducha, w którym się znajdowałem przez te wszystkie długie dni, nie chciałbym się wypowiadać. Takie sprawy nie dają się w ogóle opowiedzieć i nawet we własnych wspomnieniach głęboki ból po stracie tak wielu przyjaciół, pomimo upływu dziesięcioleci, ciągle pozostaje żywy. Potrzebowałem wiele miesięcy, aby pogodzić się z tym faktem. […] Kiedy indziej znów śniłem o tym, że jeszcze mogę uratować nasz okręt ((Tamże, s. 118.)). Równie wymowne są dalsze słowa Morahta: Wspomnienia same w sobie mają to do siebie, że wszystko upiększają i łagodzą. Kto odważyłby się opisać nastroje załogi w czasie, gdy z sześciu okrętów podwodnych, które wyszły w morze na patrol wróciły do bazy tylko dwa? Jeżeli już zdecydowałem się na przedstawienie kilku patroli bojowych U-64, to zrobiłem to wyłącznie w celu uhonorowania poległych. Ku pamięci wielu moich towarzyszy, którzy przez przeszło dwa lata dzielili ze mną radości i smutki, sztormy i niebezpieczeństwa, a teraz spoczywają tam daleko, na dnie Morza Śródziemnego- pomiędzy Sycylią a Afryką- wewnątrz swojego wiernego okrętu, który wraz z nimi walczył do ostatniej chwili ((Tamże, s. 125.)).

Zarówno XVII-wieczni holenderscy marynarze, jak i niemieccy podwodniacy byli w pełni świadomi grożącego im ryzyka, podejmowali je jednak z odwagą. Miłość do morza, a także niejednokrotnie uzależnienie od ryzyka, powodowały, że marynarze, mimo świadomości zagrożenia i tak wracali na morze. W dobitny sposób obrazuje to wypowiedź Herberta Wernera: Chociaż było mi dobrze z moją miłością do Marianny, uważałem, że moja miłość do marynarki była bardziej stałej natury. Krótko przed wschodem słońca pocałowaliśmy się na pożegnanie na dworcu, obiecując spotkać się znowu, kiedy tylko pozwoli na to wojna ((H. Werner, Żelazne…, s. 34.)). Ryzyka na morzu nigdy nie dało się uniknąć. Marynarze, niezależnie od tego czy pływali w XVII czy z XX wieku, zawsze podejmowali ryzyko. Byli jego świadomi, nauczyli się z nim żyć. Jednak, aby znieść tak wysoki poziom stresu musieli go odreagowywać. Więzy przyjaźni pozwalały im czuć się dobrze wśród swoich towarzyszy broni. Jednak, gdy ci ginęli, jedyną formą „zapomnienia” stawała się praca, alkohol i kobiety. Holenderki pastor Jan Snoep, będący w latach 1661-1662 kapelanem we flocie słynącego z pobożności admirała Michiela de Ruytera był zgorszony pogonią marynarzy za uciechami seksualnymi. „Pogoń za dziwkami” była zresztą częstym tematem narzekań duchownych służących w XVII-wiecznych flotach wojennych ((C. R. Boxer, Morskie imperium Holandii 1600-1800, Gdańsk 1980, s. 85.)).

Prawie 300 lat później Herbert Werner napisał: Marianna też się zmieniła- straciła swą rezerwę. Jej pieszczoty pozwoliły mi zapomnieć, że trwała wojna, że przez całe lato i jesień brałem udział w bitwach. Brutalny świat zatracił się jakoś w jej objęciach tak, że nawet przestaliśmy słyszeć sygnały alarmów przeciwlotniczych ((H. Werner, Żelazne…, s. 116.)). Jeszcze bardziej dobitny jest kolejny cytat z Żelaznych Trumien Herberta Wernera dotyczący zabaw niemieckich marynarzy w portowym domu publicznym w Breście: Nasze radości i rozrywki były niewielką rekompensatą za to, co przechodziliśmy w trakcie walki. Dlatego żyło się ostro i nie oszczędzało w korzystaniu z przyjemności życia. […] Nie stroniłem też od nocy przebalowanych w „Cassino Bar” z Janine. Były to noce, w których naszą dziką energię młodości ujarzmiały tylko dziewczyny od Madame, noce oderwania się od spraw wojny i obowiązków ((Tamże, s. 173.)). Werner jako drugą formę „zapomnienia” oprócz kobiet wymienia pracę: To było też i to, co rozładowało we mnie napięcie […] Potrzebowałem przyjaciół i picia, potrzebowałem swawoli, która wprowadziła mnie w słodkie zapomnienie. Musiałem też jak najszybciej zabrać się do ciężkiej harówki i obowiązków ((Tamże, s. 209.)). Również walczący podczas I Wojny Światowej Wilhelm Marshall wspomina o pracy, jako o formie „zapomnienia”. Marschall opisał w następujący sposób smutek załogi, gdy towarzyszący im U-boot UC-24 został trafiony torpedą przez okręt podwodny Circe i zatonął. Wszyscy myślą o tragicznej śmierci współtowarzyszy, w towarzystwie których rano rozpoczęli podróż; zastanawiają się, czy ich także to spotka. Tylko zatracenie się w pracy może uchronić ich przed takimi myślami […] ((W. Marschall, Uwaga torpeda…, s. 37.)). Jednak gdy było się na morzu, z dala od kobiet, w których ramionach można było zapomnieć o śmierci, a praca już nie wystarczała, wówczas pomocny okazywał się alkohol: – Kucharz!- krzyknąłem na dół!- Setkę proszę! Przyszedł z butelką i szklanką. Wziąłem parę mocnych łyków. Ooooooooo! Czułem, jak złe myśli mnie opuszczają i jak zaczyna otaczać mnie nowe życie ((M. Valentiner, U-38…, Gdańsk 2005, s. 138.)). Marynarze uciekali się także czasami do religijności, by dodać sobie otuchy. Jedni, tak jak holenderscy admirałowie Maarten Tromp i Michiel de Ruyter byli głęboko wierzącymi ludźmi, którzy zawsze mieli na pokładzie Biblię i codziennie do niej sięgali w poszukiwaniu życiowych wskazówek ((W. Kloek, P. Sigmond, Zeeslagen en Zeehelden in de Gouden Eeuw, Amsterdam 2007, s. 169.)). De Ruyter opierał w dużej mierze swoją siłę na głębokiej religijności. W wydarzeniach na morzu upatrywał woli Boga, interweniującego w obronie Republiki Zjednoczonych Prowincji. Gdy piorun uderzył w jego okręt flagowy, nie powodując ofiar w ludziach, dostrzegł w tym znak wielkiej mocy Bożej i dowód Jego dobroci, że oszczędził tak wielu ludzi. Natomiast nieprzyjaciel w mniemaniu De Ruytera mógł liczyć co najwyżej na łaskę Boga. Po bitwie czterodniowej z Anglikami (1666 rok), która była wielkim sukcesem floty Republiki Zjednoczonych Prowincji admirał powiedział: iż Bóg to był, któren wroga oszczędził, całkowitej jego zagłady nie dozwalając, jako jeno poskromienie jego za zuchwalstwo zamierzył ((A. Romein, J. Romein, Twórcy kultury holenderskiej, Warszawa 1973, s. 142.)).

Jednak nie wszyscy marynarze byli tak pobożni na co dzień jak Tromp i De Ruyter. Niektórzy pobożni stawali się w chwili zagrożenia, widząc w Bogu jedyny ratunek. Georg von Trapp wspomina historię austro-węgierskiego okrętu podwodnego U-4 dowodzonego przez kapitana Singule. Podczas rejsu okazało się, że głębokościomierz w centrali wskazywał nieprawdziwą głębokość. Gdy sprawdzono dane na drugim głębokościomierzu okazało się, że zanurzenie wynosi aż 60 metrów i ciągle się zwiększa. Okręt znalazł się w krytycznej sytuacji. Dowódca, by ratować okręt zdecydował się odczepić balast pod kilem. Okręt się wynurzył, lecz pozbawiony balastu stracił zdolność do ponownego zanurzenia. W drodze powrotnej do bazy U-4 musiał jeszcze pokonać zaporę przegradzającą Cieśninę Otranto. U-4 niezdolny był do zanurzenia, a próba przedarcia się przez zaporę skazana była z góry na niepowodzenie. Wówczas oficerowie przyrzekli, iż w razie powodzenia udadzą się z pielgrzymką do Tersatto! I rzeczywiście, przerwali się poprzez zaporę niezauważeni! […] Okręt musiał znaleźć się przecież w doku w Pola, więc płynęli niezdolni do zanurzenia, wzdłuż brzegu. Jednak we Fiume pozostali jeden dzień dłużej i z płonącymi świecami w rękach udali się w górę, na Tersatto. Oczywiście w galowych mundurach! Dzielne chłopaki, nieprawdaż? […] A w Pola zmyto im głowy, ponieważ nadłożyli drogi zawijając do Fiume! Nie wierzę jednak w to, iż opowiedzieli im przy tej okazji o pielgrzymce! Prawdziwi szczęściarze w całym tym pechu! ((G. Von Trapp, Do ostatniego salutu banderze. Wspomnienia dowódcy austro-węgierskiego okrętu podwodnego, Gdańsk 2004, s. 142-143.)).

Większa pobożność XVII-wiecznych ludzi morza, znajdująca odbicie w listach i dziennikach admirałów (( Za przykład może posłużyć zbiór fragmentów listów i dzienników admirała de Ruytera, Michiel de Ruyter in eigen woorden, pod red. L. Koelmans, Franeker, 2007, s. 32-38.)), mogła być spowodowana faktem, że w epoce, w której większość marynarzy nie umiała pływać, uważano Boga za jedyny ratunek w razie zatonięcia okrętu. W XVI i XVII wieku powszechne było, że marynarze nie potrafili pływać. Po pierwsze było to na rękę admiralicjom, ponieważ nie umiejący pływać marynarze nie mogli uciec ze stojącego na redzie okrętu. Po drugie sami marynarze wiedzieli na przykład, że płynące do Indii konwoje idą tylko dwa razy w roku, więc gdy ich statek czy okręt zatonie w drodze do Indii, to nie ma szans na ratunek. Uważali więc, że umiejętność pływania przedłuży tylko niepotrzebnie ich agonię w nieprzyjaznych wodach oceanu. Sytuacja ta zmieniła się radykalnie w XX wieku, kiedy zaczęto przykładać dużą wagę do umiejętność pływania wśród członków załóg okrętów wojennych oraz do różnych metod ratownictwa morskiego. Dotyczyło to także nowej broni, jaką były okręty podwodne.

Max Valentiner, który przed I Wojną Światową był rekordzistą głębokości nurkowania i zajmował się opracowywaniem nowych technik ratownictwa morskiego napisał: Dobry dowódca okrętu podwodnego musi dobrze znać żywioł, któremu się powierzył, czyli wodę. Wiadomo, że marynarze niechętnie uczą się pływać. […] Woda, jej głębia nie była dla mnie straszna. Byłem dobrym nurkiem ((M. Valentiner, U-38…, Gdańsk 2005, s. 33.)). Jednak mimo, że Valentiner pracował nad swoimi wynalazkami w XX wieku, to nie zawsze spotykał się z aprobatą swoich kolegów po fachu: Muszę wprawdzie powiedzieć, że wielu moich towarzyszy śmiało się wtedy po cichu z moich prób i obserwacji. Jeden z dowódców okrętu podwodnego całkiem otwarcie powiedział do mnie: – Lepiej utopić się na dole w okręcie, niż wypłynąć przy pomocy „nurka-ratownika” na powierzchnię i godzinami pływać po powierzchni morza ((Tamże, s. 40.)). Z czasem marynarze przekonali się do nauki pływania, jako środka, który jest im wstanie ocalić życie. A chęć przeżycia w momencie zatonięcia okrętu była najważniejsza, o czym napisał Robert Moraht, który uratował się z tonącego okrętu podwodnego U-64: W tym samym momencie pokład usunął się nam spod nóg, a U-boot, jak kamień zniknął pod powierzchnią. […] Wykonując automatycznie ruchy pływackie, jakoś udało mi się wydostać na powierzchnię. Po chwili jednak ponownie znalazłem się pod wodą. Zaplątałem się w zerwane cięgno anteny, które ciągnęło mnie na dno. Jakimś cudem udało mi się wyplątać i znów byłem na powierzchni. […] Często mówi się, iż w ostatnich chwilach tonącemu przewija się przed oczami całe życie. Nic takiego mnie jednak nie spotkało. W głowie miałem tylko jedno: niezłomną wolę przetrwania ((R. Moraht, Wilkołak mórz…, s. 110.)). O ile odwieczna chęć przygód i walki z żywiołem, jakim jest morze sprawiała, że nigdy nie brakowało chętnych do służby w marynarce wojennej, o tyle prawdopodobnie właśnie wola przetrwania była czynnikiem, który skłonił marynarzy do przełamania swoich oporów i podjęcia nauki pływania i zwiększenia dbałości o bezpieczeństwo na morzu.

Zasadniczo mentalność i podejście do śmierci XVII-wiecznych holenderskich marynarzy i załóg niemieckich okrętów podwodnych z czasów I i II Wojny Światowej była podobna. Jedni i drudzy podejmowali służbę, będąc w pełni świadomi ryzyka. Potrafili nauczyć się żyć z tą świadomością i zawsze zuchwale liczyli, że to właśnie im uda się przeżyć. Tak samo też starali się „zapominać” o trudach służby. Kobiety, alkohol i praca do upadłego, by „zapomnieć” o śmierci nie były im obce. Również jedni i drudzy szukali czasem ratunku u Boga. W ciągu 300 lat dzielących tych marynarzy zmieniło się zasadniczo tylko jedno- podejście do kwestii ratownictwa morskiego. O ile nie umiejący pływać holenderscy marynarze mogli w razie zatonięcia okrętu liczyć tylko na łaskę Bożą, o tyle niemieccy marynarze pływający w „żelaznych trumnach”, zdający sobie sprawę, że szansa ratunku z tonącego okrętu podwodnego jest znacznie mniejsza niż w przypadku jednostek nawodnych, i tak uczyli się pływać i dbali na przykład o posiadanie na pokładzie kamizelek ratunkowych, by w razie czego zwiększyć swoje szanse na przeżycie. Do ryzyka śmierci można się niewątpliwie przyzwyczaić, co wyraźnie widać po postawie marynarzy. Co więcej, ryzyko ma to do siebie, że można się od niego uzależnić. Gdy admirał de Ruyter i dowódcy niemieckich okrętów podwodnych z czasów II Wojny Światowej, Günther Prien, Joachim Schepke i Otto Kretschmer, dostali szansę zejścia na ląd, i tak wybrali morze. Jednak, aby żyć ze świadomością ciągle grożącej śmierci i nie oszaleć, trzeba było szukać metod „zapomnienia” chociaż na chwilę o ryzyku i śmierci.

dr Anna Pastorek

Bibliogiafia

Źródła:

Brandt G., Uit het leven en bedrijf van den heere Michiel de Ruiter, hertog, ridder etc., l.

admiraal generaal van Holland en Westfriesland, Amsterdam 1906.

Marschall W., Uwaga torpeda! Pal! Wspomnienia z wojny U-bootów 1917/1918 spisane

przez Wilhelma Marschalla, Gdańsk 2005.

Michiel de Ruyter in eigen woorden, pod red. L. Koelmans, Franeker 2007.

Moraht R., Wilkołak mórz. U-64 poluje na wroga, Gdańsk 2008.

Prien G., Moja droga do Scapa Flow, Gdańsk 2000.

Topp E., Ku pamięci Engelberta Endrassa [w:] Cisi myśliwi, Gdańsk 2003.

Topp E., Pochodnie nad Atlantykiem, Gdańsk 2007.

Trapp G. van, Do ostatniego salutu banderze. Wspomnienia dowódcy austro-węgierskiego

okrętu podwodnego, Gdańsk 2004.

Valentiner M., U-38. Śladami Wikingów na pokładzie U-boota, Gdańsk 2005.

Werner H.A., Żelazne trumny, Gdańsk 2002.

Opracowania:

Boxer C. R., Morskie imperium Holandii 1600-1800, Gdańsk 1980.

Kloek W., Sigmond P., Zeeslagen en zeehelden in de Gouden Eeuw, Amsterdam 2007.

Koczorowski E., Z Eskulapem na morzu, Gdańsk 1977.

Mickiewicz M., Z dziejów żeglugi, Warszawa 1971.

Robertson T., Wilk na Atlantyku. Biografia Otto Kretschmera, Gdańsk 2001.

Romein A, Romein J., Twórcy kultury holenderskiej, Warszawa 1973.

Wieczorkiewicz P., Historia wojen morskich. Wiek żagla., Londyn 1995.

Zumthor P., Życie codzienne w Holandii w czasach Rembrandta, Warszawa 1965.

Grafika: Źródło: W. Kloek, P. Sigmond, Zeeslagen en zeehelden in de Gouden Eeuw, s. 170. via Autorka

Autor: dr Anna Pastorek

dr Anna Pastorek - absolwentka Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Doktor w dziedzinie nauk humanistycznych w zakresie historii. Specjalizuje się w dziejach floty wojennej Republiki Zjednoczonych Prowincji w XVII wieku, Jej zainteresowania badawcze obejmują dzieje wojen morskich XVI i XVII wieku, wojnę podwodną oraz szeroko pojętą historię Holandii.