Kategorie
Z historią w tle...

Dudy, kilty i haggis, czyli Infolotnicze.pl z wizytą w Szkocji

Dudy, kilty i haggis, czyli Infolotnicze.pl z wizytą w Szkocji

Dzień D.

Pakujemy się i skoro świt wyruszamy z wielkiego Londynu. Drogowskazy, które mijamy, kierują wciąż na północ. Widniejący na nich napis „North” brzmi tak zachęcająco, jak i ekscytująco. I tak dalej, przez Coventry, Nottingham, Sheffield, Newcastle, coraz dalej na północ. Przeskakujemy nad murem Hadriana, za którym kiedyś już była kraina barbarzyńców. Nie zatrzymujemy się, pędzimy ku rzece Tweed, bo celem nie Anglia jest, a Szkocja.

Pograniczną Tweed przekraczamy w Coldstream. To niby pierwsze miasteczko w Szkocji, jakże bliskie Anglii, ale od razu daje odczuć odmienny charakter tego kraju. Całe udekorowane jest krzyżami Świętego Andrzeja, zaraz za mostem ogromna plansza ukazująca starcie dwóch rycerzy z napisem „Flodden 1513”. Akurat obchodzi się tu rocznicę bitwy pod Flodden Field, i to niebyle jaką, bo pięćsetną. W witrynach sklepowych nie brakuje obrazów nawiązujący do tego wydarzenia. Ale nie tylko to – przecież w Coldstream w 1650 roku sformowano 2. Pułk Gwardii Pieszej, który istnieje do dziś, chlubiąc się wielowiekową tradycją w służbie Monarchów. Elementów bliskich Coldstream Guards nie brakuje!

a1

Następnie odwiedzamy magiczne, średniowieczne miasteczka regionu Borders: Kelso, Melrose, Galashiels. To ostatnie polskim sercom zwłaszcza bliskie, bo stał tam 10. Pułk Dragonów z 1. Dywizji Pancernej. Nie można tego nie uczcić, pijemy zatem pyszne Belhaven Best Ale, zajadając haggis. Wbrew złośliwym, głównie angielskim komentarzom, ta szkocka wersja kaszanki jest przepyszna, pikantna oraz bardzo pożywna.

Edynburg… Miasto nie na darmo zwane jest Wenecją Północy. Londyński moloch, mimo, że przyciągający i magnetyczny, nie ma tego wdzięku, gracji i klasy. Zachwyceni miastem, dokładniejsze zwiedzanie przełożyć musimy na następny dzień. Dziś wieczór bowiem czeka nas prawdziwa gratka: Royal Edinburgh Military Tattoo. Ten bodaj najsłynniejszy ze światowych pokazów wojskowych orkiestr odbywa się każdego sierpnia na dziedzińcu zamku edynburskiego.

A3

Tattoo urzeka rozmachem i doskonałą organizacją. Spośród wielu zaproszonych ekip, największe wrażenie robią bezdyskusyjnie najlepsze orkiestry dudziarskie świata. Grający w nich to liniowi żołnierze armii brytyjskiej: kierowcy pojazdów, celowniczowie karabinów maszynowych, sanitariusze, specjalnie przeszkoleni w renomowanej Army School of Bagpipe Music and Highland Drumming. Reprezentują tak sławne pułki, jak Scots Guards, Black Watch czy Royal Tank Regiment. To właśnie te orkiestry fascynują przepychem tradycyjnych mundurów, cieszą oko paradną musztrą, ogłuszają niepowtarzalnym jazgotem dud i rytmicznym stukotem werbli. Koncert kończą maszerując wąskimi uliczkami starego Edynburga, w których bojowa melodia brzmi jeszcze lepiej.

Dzień D+1.

Czas zwiedzić Edynburg. Zaczynamy od zamku. Ten, usytuowany na wulkanicznej skale, dominuje nad stolicą. W kolejce trzeba postać dobre pół godziny – nic dziwnego, wszakże w sierpniu, podczas trwania słynnego festiwalu, Edynburg oblegany jest przez turystów. Warto! Forteca bowiem zachowana jest w doskonałym stanie, zresztą częściowo nadal pozostaje używana. Znajdują się tam choćby dowództwa: edynburskiego garnizonu, pułku Royal Scots Dragoon Guards, Royal Regiment of Scotland czy też pułkowa kancelaria Scots Guards. Punktualnie o 13:00 z murów można usłyszeć wystrzał z działa – zgodnie z odwieczną tradycją, gdy robiono to dla statków wpływających do zatoki Forth.

b3

Bardzo wiele pamiątek zgromadzonych w zamkowych muzeach nawiązuje do królewskiej, jakże burzliwej i krwawej, historii Szkocji. Jest tam również ekspozycja dedykowana więzieniom wojennym, włącznie z zaaranżowanymi wnętrzami takiego obiektu. Na wyobraźnię działają stare drzwi z wyrytymi napisami przez jeńców z tak odległych konfliktów, jak wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych czy wojny napoleońskie.

Poruszające jest zwiedzanie kaplicy (a w zasadzie budynku-pomnika Scottish National War Memorial) poświęconej poległym podczas obydwu wojen światowych. Są tam sztandary dumnych, bitnych jednostek szkockich, są też księgi z nazwiskami Tych, którzy nie wrócili z frontu.

Na miłośników militariów na zamku czeka również muzeum armii szkockiej, muzea dwóch zasłużonych pułków: Royal Scots Dragoon Guards i Royal Scots. W tym pierwszym oglądać można bodaj najsłynniejsze trofeum wojenne Szkocji – sztandar francuskiego 45. Pułku Piechoty, zdobyty przez Scots Greysów podczas owianej niemalże legendą szarży pod Waterloo. Polskie serce ucieszy eksponowany w muzeum armii szkockiej mundur naszego oficera z Polskich Sił Zbrojnych, a także zgromadzony w tamtejszym archiwum uniform bojowego dowódcy 10. Pułku Dragonów, pułkownika Władysława Zgorzelskiego.

b6

Po zwiedzaniu, głodni jemy haggis, popijając jednym z wybornych single maltów…

Dzień D+2.

Pobudka, pożywne szkockie śniadanie i w drogę! Objeżdżamy związane z wojenną, rodzinną historią okolice Falkirk. Wielu Szkotów dobrze pamięta czasy, gdy w ich kraju stacjonowali chłopcy z „Polandami” na rękawach battle dresów, wielu też nosi swojsko brzmiące nazwiska.

Zahaczamy o malowniczo położony nad brzegiem Forth zamek Blackness, XV-wieczną fotecę, zdobytą w 1650 roku przez Cromwellowską Armię Nowego Wzoru. Po drugiej stronie zatoki: portowe instalacje Rosyth. To samo Rosyth, w którym stacjonowały okręty polskie z osławionym „Orłem” na czele. Dziś buduje się tam najnowsze, największe jednostki Royal Navy, lotniskowske HMS „Queen Elizabeth” oraz HMS „Prince of Wales”. Czas nagli, jeszcze długa droga w tym dniu do przebycia, to pędzimy znów na północ, przekraczając zatokę Forth imponującym mostem drogowym. Obok niego falom opiera się most kolejowy, zbudowany pod koniec XIX-wieku. Patrząc na niego, można domyślić się, dlaczego Michael Caine w filmie „O jeden most za daleko” grający pułkownika Joe Vandeleura, wypowiadał kultowe zdanie o „genialnej precyzji brytyjskich budowniczych mostów, której zazdrości im cały cywilizowany świat”.

c5

Następny cel to zamek Doune. Tym razem kierują nami nie tylko historyczne motywy, to w tej XIV-wiecznej fortecy niemalże w całości nakręcono prześmiesznego „Świętego Graala” Monty Pythonów. Surowe, nieskażone modernizacją mury zamku doskonale trafiają do wyobraźni. Tak, jak łowiący pstrągi w pobliskiej rzece Taith Szkot w tweedowej marynarce, kaszkiecie i wellingtonach. Trudno o lepszy archetyp!

W drodze z Doune do Stirling niespodzianka: mijamy drogowskaz z napisem „Stirling Monument”. I nagle hamujemy, oświeceni, o co chodzi! Na wzgórzu ładny parking i alejka, która prowadzi do wiernie odwzorowanej postaci Sir Davida Stirlinga. Twórca Special Air Service stoi, jak żywy w duffle coacie, z lornetką.

c1

Stirling… zwie się je „małym Edynburgiem”. I nie jest to kłamstwo. Stare, urokliwe średniowieczne miasto z potężnym zamkiem osadzonym na górującej skale. W okolicy miejsca dwóch ważnych bitew: pod Stirling z roku 1297 oraz najważniejszej wiktorii w szkockich dziejach, Bannockburn z roku 1314. Pomniki autorów zwycięstw, odpowiednio Williama Wallace`a i Roberta Bruce`a spoglądają na odmieniony już krajobraz, w którym toczyli boje z Anglikami.

Czas gnać dalej w kierunku północnym, więc zatrzymujemy się jedynie na chwilę w Largo House, by rzucić okiem na resztki „Małpiego Gaju”. Tak, tego „Małpiego Gaju”, w którym w czasie II wojny światowej instruktorzy wychowania fizycznego z 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej zaprawiali rekrutów, nim ci rozpoczęli szkolenie spadochronowe. Nie ma już śladu po napisie „szukasz śmierci? Wstąp na chwilę!”, tak, jak nie ma już wieży spadochronowej w pobliskim Leven. Nie mniej, jakaś satysfakcja jest, gdy przemierza się te wszystkie miasteczka hrabstwa Fife, związane z polską brygadą spadochronową.

Mijamy imponującą rozmiarami bazę RAF Leuchars, na noc zawitamy do Dundee i wiemy już, że wyrwiemy się stamtąd jak najszybciej o poranku. Miasto robi nieprzyjemne wrażenie; duże, ale puste, industrialne, stoczniowe. Na osłodę przypominamy, iż i tam bazowały polskie okręty.

Dzień D+3.

Kilka zdjęć przy weteranie arktycznych wypraw Scotta, RRS „Discovery” i znów na północ, znów w drogę. Wczoraj była 1. Samodzielna Brygada Spadochronowa, dziś jedziemy przez Forfar i Arbroath, okolice związane z 1. Dywizją Pancerną. W Arbroath w 1320 roku spisano historyczną deklarację, uniezależniającą Szkocję od Anglii. Dziś Arbroath to zaciszne miasteczko rybackie, słynące z regionalnego przysmaku, jakim są „arbroath smokies”. Ten wędzony lokalną, tradycyjną metodą łupacz, jest nie tylko tani, ale przede wszystkim – wyborny, o niepowtarzalnym smaku!

Po kulinarnej uczcie jedziemy do Stonehaven, by zwiedzić zamek Dunnottar. To bezdyskusyjnie jeden z najbardziej malowniczo położonych zamków Szkocji (a tych nie brakuje!). Mimo, że opuszczony i zrujnowany, szczyci się nie tylko ciekawą historią (w 1297 roku zdobyty i splądrowany przez oddziały Wallace`a), ale przede wszystkim, niesamowitym umiejscowieniem. Dojście do warowni utrudnione jest wąwozami, podczas gdy ona sama wdziera się w wody Morza Północnego.

e1

Następnie, przez dziki park narodowy Cairngorms kierujemy się na Inverness, przejeżdżając przez Speyside. To tam ulokowały się najliczniej destylarnie whisky słynne na całym świecie, a drogowskazy tylko zachęcają do zwiedzania i… kosztowania. My jednak nie mamy na to czasu, zatrzymujemy się dopiero pod Culloden Moor. Tamże, 16 kwietnia 1746 roku miała miejsce ostatnia na brytyjskiej ziemi bitwa. Jakobici pobici zostali przez wojska królewskie.

Przyznać trzeba, że doskonale zadbano o zachowanie pola bitwy w stanie pierwotnym. Co więcej, zadbano o coś więcej, niż pamiątkową tablicę. Na Culloden Moor znajduje się nie tylko muzeum, ale też szlak, którym można obejść miejsce batalii. Pozycje obu armii znaczą maszty z chorągiewkami, przy których dodatkowo znajdują się plansze objaśniające, jak wyglądały poszczególne fazy starcia. Wzruszające są kamienie z wyrytymi napisami, będące zarazem mogiłami zbiorowymi klanów walczących po stronie jakobickiej.

Na noc zjeżdżamy do Inverness, do ostatniego większego miasta przed północnym odludziem.

Dzień D+4.

Z surowego, ale ciekawie położonego nad rzeką Tay Inverness robimy wypad nad Loch Ness. Potwora nie widać-jego brak rekompensują pejzaże i zamek Urquhart.

Zwracając się znów ku północy, zahaczamy o destylarnię whisky Glenmorangie. Założona w 1843 roku, zgodnie z tradycją wciąż wytwarzana jest przez „szesnastu mężczyzn z Tain”, bo tylu właśnie pracowników tworzy ten szlachetny trunek. Zwiedzanie jest bardzo ciekawe, pouczające, a kończy się łechcącą podniebienie, rozgrzewającą degustacją.

Droga wiedzie – a jakżeby inaczej – na północ. Na wschodzie majaczą już liczne platformy wiertnicze ulokowane na Morzu Północnym. Pniemy się dalej i dalej w górę mapy. Z prawej strony wciąż klify i morska tafla, z lewej: rolnicze wzgórza. Miasteczka stają się coraz mniejsze, teren coraz słabiej zurbanizowany. Docieramy wreszcie do Wick. Z ulokowanego tu lotniska wystartował 21 maja 1941 roku Flying Officer Suckling, który wykrył i sfotografował „Bismarcka”, ukrytego w norweskim Grimstadfjordzie. Dziś w miejscu dawnej bazy samolotów rozpoznawczych RAF jest cywilne lotnisko.

f5

Następny przystanek: Dunnet Head! Ten klif to najdalej na północ wysunięty skrawek wyspy Wielka Brytania. Rozciąga się zeń zapierający dech w piersiach widok na majaczący na zachodzie przylądek Wrath, wzgórza Highlandu, klify Orkadów… Same tereny dookoła to smagane atlantyckim wiatrem wzgórza, wrzosowiska, latarnia morska, a także pozostałości stacji radarowej i punktu obserwacyjnego z czasów ostatniej wojny. Ze względu na bliskość bazy floty w Scapa Flow, znaczenie Dunnet Head i jego walorów strażniczych w tamtych latach wzrosło.

Pełni wrażeń po wizycie na brytyjskim końcu świata, po raz pierwszy chyba od początku eskapady skręcamy na południe, by noc spędzić w ospałym, odludnym Thurso. Znów rozgrzewa nas single malt, zajadany wyborną zupą cullen skink oraz kiełbaskami z jagnięciny.

Dzień D+5.

Kierunek: południe. Jak dziwnie to brzmi… Po wielomilowej podróży na północ, przed nami zostały tylko Orkady i Szetlandy. Czas zatem wracać do Anglii. Ale nie tak prosto, nie tak szybko. Wszakże można odkrywać Szkocję również jadąc na południe!

Przemierzamy zatem Caithness, Sutherland i Ross, trzy najbardziej surowe regiony szkocji. Mieszka tam ledwie kilkanaście tysięcy ludzi, łatwiej spotkać owcę, niż homo sapiens. Tereny są dzikie, odludne, nieprzystępne. Zdecydowana większość dróg to wąskie, z mijankami. W jeziorach oraz potokach płynie krystalicznie czysta woda, powietrze jest wręcz nienaturalnie świeże. Wszędzie panuje uderzająca cisza, jak choćby nad pięknym jeziorem Naver. Przy prowadzącej do niego rzece o tej samej nazwie – niespodzianka. Trafiamy na pamiątkowy pomnik, a zasadzie ustawiony w 1914 roku głaz, upamiętniający pierwszą zbiórkę 93. Pułku Sutherland Highlanders w roku 1800. To ten pułk wsławił się bojami pod Almą i Bałakławą podczas wojny krymskiej. Połączony później z Argyll Highlanders, stworzył jeden z najbardziej doświadczonych regimentów szkockich w całej armii brytyjskiej.

f9

W okolicy Castle Leod trafiamy na Highland Gathering, czyli jeden z wielu organizowanych latem w Highlandzie festiwali, festynów ludowych. Sama szkockość! Mężczyźni w kiltach, występy i konkursy dudziarzy, zawody w rzucaniu palem, pchaniu kulą i rzucie młotem, przeciąganie liny, szkockie tańce… Coś niesamowitego i przy tym szalenie autentycznego!

Napięty harmonogram nie pozwala jednak na dłuższą wizytę u gościnnego klanu MacKenzie. Kierujemy się na zachód, gdzie dojeżdżamy do Kyle of Lochlash, przeprawiając się na tajemniczą, otoczoną aurą mglistej wyjątkowości wyspę Skye.

Ze Skye zwracamy się ku wschodowi, tylko na chwilę zatrzymując się przy nader malowniczym zamku Eilean Donan. W tej zbudowanej w XIII wieku fortecy kręcono „Nieśmiertelnego” oraz jedną z części Bonda, „Świat to za mało”. Przed wejściem grać zaczyna dudziarz – wieczorem rozpocznie się kolacja klanu MacRae. Szkoda, że nie mamy zaproszeń!

f2

Jadąc dalej, trafiamy do Glen Shiel. Dolina ta, razem z potokiem i przerzuconym nad nim mostem, to teren zaciętego starcia z roku 1719, kiedy to Hiszpanie oraz Jakobici ulegli lepiej zorganizowanym wojskom królewskim.

Następny postój: Spean Bridge. Nawet nie sama miejscowość, co położony na jej obrzeżach Commando Memorial. Ten imponujący monument postawiono w 1952 roku, dedykując go żołnierzom jednostek komandosów. Przedstawia trzech z nich, w battle dresach, oporządzeniu i z bronią, w charakterystycznych, wełnianych „myckach”, zapatrzonych na Highland i najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii, Ben Nevis. Obok zlokalizowano Ogród Pamięci, w którym znajdują się prochy wielu zmarłych już oraz poległych w walce komandosów. Wzruszające miejsce w scenerii szkockich gór.

g6

Dzień D+6.

To ostatni już dzień. Spoglądamy na skrytego we mgle Ben Nevis, który zdaje się rzucać wyzwanie na przyszłość, by zdobyć go… My jednak ruszamy dalej na południe, wszakże trzeba zmierzać ku Londynowi. Stolicy państwa, w którym jesteśmy, a mimo to, zdającego się leżeć na innej planecie, tysiące lat świetlnych od fascynującej Szkocji.

Zatrzymujemy się w Glen Coe. To bodaj najpiękniejsza dolina w całej Szkocji, tak malownicza, jak i budząca grozę. Jej nazwa znaczy zresztą „Dolina Rozpaczy”. To w niej w 1692 roku doszło do masakry górali, której poświęcono pomnik.

Sama przejażdżka drogą wijącą się między wzgórzami zapiera dech w piersiach. Pokusie, by wysiąść oprzeć się nie można, to i stajemy, podchodząc na kilkusetmetrowe zbocza Meall Dearg. Jest wietrznie, mokro, ale wrażenia i widoki – niezapomniane!

Ostatnim punktem zwiedzania jest urzekające georgiańską zabudową miasteczko Inveraray. Miejscowość ta, o wyjątkowo wypoczynkowym charakterze, ulokowana została nad jeziorem, przypominającym bardziej zatokę, o dźwięcznej nazwie Loch Fyne. W Inveraray stacjonowali polscy żołnierze, już po wojnie, krótko przed utworzeniem Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia.

Z Inveraray kierujemy się już tylko na południe, wzdłuż pięknych brzegór Loch Lomond, okrążając tętniące życiem Glasgow. Na obiad zatrzymujemy się w Falkirk, historycznym mieście, które widziało dwie ważne w szkockiej historii batalie: w roku 1298 i 1746. Podczas ostatniej wojny: popularne wśród Polaków, udających się tu podczas przepustek. I my postanowiliśmy skorzystać z oferty miasta, jedząc chyba największe oraz najsmaczniejsze burgery w całej Szkocji, zrobione oczywiście z wołowiny Angus. Tym kulinarnym akcentem żegnamy Szkocję, przemykając przez jej południowe rejony, Lanarkshire, Dumfries & Galloway, by przekroczyć granicę w Gretna. Wita nas Krzyż Swiętego Jerzego i Róża Anglii…

Zdjęcia: Michał Różyński

Autor: Michał Różyński

Michał Różyński - absolwent Wydziału Historycznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza ze specjalnością: historia wojskowości oraz Podyplomowego Studium Dziennikarstwa UAM. Współzałożyciel i prezes zarządu Stowarzyszenia "Odwach" - www.odwach.pl